Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Ośmiornica i przyjaciele

Treść

Polityczny zgiełk po samobójstwie Barbary Blidy, byłej minister budownictwa i posłanki SLD, zagłuszył podstawowe pytania, w tym - najistotniejsze: jak to możliwe, że wokół górnictwa i związanych z nim branż, za sprawą korupcji i innych ewidentnie przestępczych działań, rosły przez kilkanaście lat gigantyczne prywatne fortuny, a organy państwa nie robiły prawie nic, by to ukrócić?

Byli koledzy zmarłej kładą nacisk na okoliczności "najścia" ABW na mieszkanie Blidów, sugerując, że była posłanka padła ofiarą politycznej nagonki. W podobnym duchu wypowiada się od soboty rodzina Barbary Blidy; jej mąż i syn chcą wytoczyć ABW proces karny oraz cywilny; zamierzają żądać wysokiego odszkodowania za "śmierć z winy funkcjonariuszy".

Warto w tym miejscu przypomnieć, co jeszcze w piątek mówiła dziennikarzom siostra zmarłej, Katarzyna Korzekwa: - Barbara została wykorzystana przez środowisko biznesowe. Jej problem polegał na tym, że nie potrafiła przyjaciołom odmawiać.

Ta wypowiedź wydaje się kluczowa. Idąc jej tropem wypada zapytać: o jakie "środowisko biznesowe" chodzi i czy faktycznie była minister "nie potrafiła odmówić przyjaciołom". Kiedy uzyskamy odpowiedź na te pytania, trzeba będzie zadać trzecie, najważniejsze: czy owa (rzekoma) nieumiejętność odmawiania znajomym oznaczała łamanie prawa?

Z bardzo skąpych informacji prokuratury wynika, że w dniu zatrzymania zamierzano Barbarze Blidzie postawić zarzuty związane m.in. z korumpowaniem prezesów (nieistniejących już) spółek węglowych; minister sprawiedliwości wspomniał w Sejmie o pomocnictwie Blidy w przekazaniu pieniędzy dla prezesa jednej ze spółek - w zamian za umorzenie karnych odsetek (za zwłokę w zapłacie za odebrany węgiel).

Barbara Blida miała działać na korzyść Barbary Kmiecik, swej ówczesnej bliskiej koleżanki, najzamożniejszej śląskiej bizneswoman, która zbiła fortunę na pośrednictwie między (państwowymi) kopalniami a (również państwowymi) elektrociepłowniami i innymi wielkimi przedsiębiorstwami.

Z przecieków z organów ścigania wynika, że po śmierci Barbary Blidy jej małżonek, Henryk, złożył obszerne wyjaśnienia, dostarczając śledczym "wielu nowych i cennych informacji na temat kulis funkcjonowania branży węglowej". Chodzi nie tylko o handel węglem, ale cały potężny biznes, jaki powstał wokół państwowego górnictwa, a więc i dostawców materiałów, sprzętu, usług. Właśnie tego dotyczą śledztwa w sprawie tzw. afer węglowych (o ich początkach w pierwszej połowie lat 90. pisaliśmy obszernie w piątek).

Śledztwo (?)

W piątek aresztowano dziewięciu z trzynastu zatrzymanych w środę (w dniu przeszukania domu Blidów) wysokich menedżerów z branży górniczej, m.in. eksprezesów spółek węglowych. To pierwsze w historii tak spektakularne zatrzymania ludzi z górniczej góry, a przypomnijmy, że śledztwa w sprawie afer węglowych rozpoczęły się (m.in. po doniesieniach związkowców z "S" i naszych publikacjach) w 1994 r.

Ówczesny raport Najwyższej Izby Kontroli stwierdzał, że "oszustwa i poważne nadużycia w handlu węglem to fakt niezaprzeczalny". Zdaniem NIK górnictwo straciło ponad 4,3 bln starych (430 mln nowych) złotych - pieniądze te trafiły głównie do kieszeni nieuczciwych pośredników i oszustów. Inspektorzy potwierdzili wówczas opisywane na naszych łamach przypadki kupowania węgla przez śląskie zakłady od kopalń za pośrednictwem firm z Krakowskiego, Poznańskiego i Gdańskiego; fakturowanie węgla wysokiej jakości jako klasy niższej (niektóre kopalnie sprzedawały po zaniżonych cenach 75 proc. urobku!); sprzedaż tysięcy ton podejrzanym i już zadłużonym firmom; wyznaczanie czteromiesięcznych terminów płatności (w tym czasie pośrednik obracał wielkimi kwotami).

Z analizy Prokuratury Krajowej wynika, że liczba afer węglowych rosła lawinowo - w 1992 r. prowadzono w kraju 6 śledztw związanych z nadużyciami w górnictwie, w 1994 r. było ich już 80, a w rok później - 170 (!). Resort spraw wewnętrznych szacował wówczas straty z tytułu oszustw na ponad 1,2 mld zł, a więc trzy razy więcej niż zapisano w raporcie NIK.

Zaledwie o połowie oszustw zawiadomiły pokrzywdzone spółki węglowe. W dodatku robiły to często po upływie bardzo długiego czasu, np. półtora roku po przeterminowaniu się płatności (pieniędzy nie dało się już odzyskać). Prokuratura domyślała się, że opóźnianie postępowań leżało w interesie członków władz niektórych spółek węglowych oraz poszczególnych kopalń.

Tak naprawdę ludzie odpowiedzialni za tolerowanie nadużyć (a może i same nadużycia) nigdy nie ponieśli konsekwencji. Trwające obecnie śledztwa - dotyczące nieprawidłowości z lat 90. - mają to zmienić.

Zatrzymana w minioną środę trzynastka menedżerów usłyszała zarzuty związane m.in. z korupcją w handlu węglem oraz zaopatrzeniem kopalń w obudowy górnicze. Wśród aresztowanych jest m.in. były prezes Nadwiślańskiej Spółki Węglowej oraz były wiceprezes dwóch innych spółek. Po raz pierwszy prokuratura zabrała się na taką skalę za ludzi z górniczego świecznika, którzy - mimo zmieniających się rządów i ministrów - uchodzili dotąd za bezkarnych.

Prokuratorzy uważają, że owa bezkarność byłaby niemożliwa bez pomocy wpływowych politycznych przyjaciół. Wyjaśnienie tej kwestii może dać odpowiedź na pytanie o faktyczne przyczyny śmierci Barbary Blidy.

Klimat

O funkcjonującym w górnictwie polityczno-biznesowym układzie pisaliśmy od początku lat 90., jeszcze zanim (wiosną 1992 r.) powstały spółki węglowe. Według ówczesnych decydentów z branży górniczej, spółki miały być lekarstwem na wszelkie patologie; niepoprawni liberałowie twierdzili, że jedynym skutecznym lekarstwem jest prywatyzacja, ale to nie oni decydowali o losach branży. Przez długie lata zarządzaniem gigantycznym majątkiem zajmowała się ok. dwustuosobowa grupa menedżerów.

Byli oni na przemian członkami rad nadzorczych, prezesami spółek węglowych, dyrektorami kopalń - i odpowiedzialnymi za górnictwo ministrami. A warto przypomnieć, że dla spółek węglowych, będących jednoosobowymi spółkami Skarbu Państwa, walnym zgromadzeniem akcjonariuszy, czyli właścicielem, był (i jest) odpowiedni minister. Przez kilkanaście lat nie zdarzyło się, by został nim człowiek spoza górniczego klanu.

Opisywany przez nas układ, powstały na styku górnictwa i prywatnego biznesu, już w pierwszej połowie lat 90. kwalifikował się do prokuratora. Ale ludziom z branży wydawał się normą: wdrażaną - lub tolerowaną - przez całą piramidę zwierzchników. Po sam jej szczyt, po Warszawę.

W połowie lat 90. przeciwko układowi, zwanemu coraz częściej "czarną ośmiornicą", buntowali się niektórzy menedżerowie i związkowcy. Dostrzegli, że prywatne fortuny zbijane są kosztem publicznego majątku i że straty kopalń z tego tytułu sięgają setek milionów złotych. Dziwili się, że "góra" nie reaguje; rosnące straty kopalń pokrywano zawsze z kieszeni podatników.

Jednak wielu niepokornych w kolejnych latach przestało się dziwić - albo zostali wyeliminowani (i nikt nie chciał ich słuchać), albo weszli w układ.

Od połowy lat 90., w ramach "restrukturyzacji" i "oszczędności" wydzielano ze struktur spółek węglowych niezależne (prywatne) spółki. Granica między nimi (interesem prywatnym) a kopalniami (interesem państwowym) pozostała jednak płynna. Najczęściej "podział pracy" był taki, że kopalnie dawały bazę i urządzenia, a spółki czerpały zyski.

Z większości kopalń wyłoniły się np. spółki zajmujące się utrzymaniem, konserwacją i remontami obudów, urządzeń, maszyn. Opowiadał nam w 1999 roku Piotr K., górnik spod Oświęcimia:

- Przychodzi do mnie nadsztygar i mówi: "Masz tę maszynę do przeglądu wydać". Patrzę w papiery: maszyna na gwarancji, do przeglądu rok! Ale ja się nie będę kłócił. Żeby kłopoty mieć?

Maszyna poszła "na przegląd" do spółki, której prezesował były dyrektor kopalni, a wiceprezesem był były sztygar, najlepszy kolega obecnego nadsztygara w kopalni. Spółka wystawiła kopalni słony rachunek. - A my tylko fragment obudowy żeśmy podmalowali! - twierdził pracownik spółki.

Początkowo żaden górnik nie chciał przechodzić z państwowych kopalń (gwarantujących wiele socjalistycznych przywilejów) do prywatnych spółek. To się jednak zmieniło: - Zawarto umowę z kopalnią o delegowaniu pracowników do spółki. Dołowi dostali robotę na powierzchni. Lekutką! A zleceń dużo, bo układ między obecnym i byłym nadsztygarem skutecznie napędza robotę i zyski spółki - opisywał Piotr K.

Pracownicy robili na powierzchni, a zarabiali jako dołowi. Formalnie - zjeżdżali na dół. - Codziennie podbijamy karty, kolega nam je z dołu zwozi - mówił delegowany górnik. - Dołowi mają korzystniej naliczane składki na ZUS. Szef obiecał, że utrzyma tę fikcję przez lata, bo "w kopalniach jest klimat".

Najwyższa Izba Kontroli regularnie zarzucała zarządom spółek węglowych rażącą niegospodarność. Inspektorzy natrafili m.in. na kolejkę spalinową za 350 tys. dol., która przez cały okres kontroli (1,5 roku) stała bezczynnie, a także na wyposażenie zakładu wzbogacania miałów za 3,4 mln dol. wykorzystywane od początku w... 3 proc. Przypadków takich były setki, a inspektorzy NIK nazwali je "wierzchołkiem góry lodowej".

Mimo to zawsze pojawiały się problemy z ustaleniem osób odpowiedzialnych. I prawie nikt nigdy nie miał z tego powodu żadnych nieprzyjemności. Trudno bowiem uznać za takie przeniesienie menedżera ze stanowiska wiceprezesa spółki węglowej na stanowisko... wiceprezesa w innej spółce.

Ów wiceprezes usłyszał zarzuty dopiero po 9 latach: 25 kwietnia 2007 r.

Symbioza

Organizacja pracy w górnictwie miała zawsze kształt bardzo szczególnej piramidy, w której kompetencje poszczególnych szczebli wzajemnie się nakładają i przenikają; szczeble te żyły ze sobą - i często nadal żyją - w ścisłej symbiozie.

Na szczycie piramidy kręciła się przez kilkanaście lat karuzela: niezależnie od opcji politycznych, przynależności związkowej, zapatrywań ekonomicznych, przez czołowe stanowiska przewijali się ci sami ludzie.

Odpowiedzialność prezesów za wyniki spółek węglowych i opisywane przez NIK (oraz prasę) patologie była bliska zeru. Praktyką w resorcie gospodarki (wcześniej przemysłu) było hurtowe udzielanie "skwitowań" zarządom wszystkich spółek, również tych, które - gdyby były normalnymi podmiotami, a nie wampirami przyssanymi do podatników - winny ogłosić bankructwo.

Dlaczego kolejni ministrowie udzielali owych "skwitowań"? Bo to byli zawsze ludzie klanu. Z najwyższego szczebla piramidy.

Czasami dochodziło do widowiskowych scysji między dołem piramidy - górnikami prowadzonymi na (dosłownie) barykady przez związkowców - a jej górą. Postronnym obserwatorom mogło się wydawać, że to koniec symbiozy. Jednak zawsze chodziło o to samo: żeby piramida trwała. Żeby wszystko zostało po staremu. Służył temu rozbudowany system korumpowania, a jak trzeba - zastraszania - niepokornych.

- Symbioza panuje u nas między podmiotami, które powinny się kontrolować i rozliczać: pracownikami, kierownikami i związkami zawodowymi - opowiadał nam Ryszard T., związkowiec z kopalni nieopodal Chrzanowa. - Przykład: dyrektor odpowiedzialny za wydrążenie wielkiej i kosztownej, a - jak się okazało - bezużytecznej hali pod ziemią, miał iść na emeryturę; dostał stanowisko wiceprezesa prywatnej spółki. Na drugiego wiceprezesa dokooptował szefa "Solidarności". Związki są zneutralizowane, mając swoich w spółce czerpią zyski; w innej spółce siedzą branżowcy, w jeszcze innej "S '80"; "Sierpień" się rzucał, ale ostatnio jego działacze też weszli do spółki.

Wątek patologicznej symbiozy pojawił się również w odświeżanych właśnie śledztwach dotyczących afer węglowych. Prokuratura od dwóch lat rozpracowuje m.in. działalność niepozornej spółki "Funa", która na pośrednictwie w handlu węglem między państwową spółką węglową a państwową energetyką zarobić miała na czysto ponad milion złotych. Śledztwo wykazało, że przy zakupie węgla przez "Funę" celowo zaniżano w papierach jakość i cenę węgla. Natomiast w transakcjach z energetyką opał w cudowny sposób odzyskiwał parametry i wyższą cenę. Ta ostatnia była jednak nadal konkurencyjna wobec cen spółki węglowej.

Prokuratorzy ustalili, że interes kręcił się za sprawą olbrzymich łapówek wręczanych kierownictwu kopalń.

Równie interesujące jest to, kim byli założyciele i właściciele "Funy", którzy mieli korumpować węglowych prezesów. Jednym nich był pan H., wieloletni szef... Związku Zawodowego "Kadra" w kopalni "Rydułtowy" (należącej wówczas do Rybnickiej Spółki Węglowej), obnoszący się ze swymi koneksjami w RSW i jeszcze wyżej. W spółce udziały miał też śląski działacz SLD. Pan H. był również znanym lokalnym działaczem sportowym (tu dominowali "prawicowcy"), a także zasiadał we władzach innych spółek związanych z górnictwem. W kierownictwie jednej z nich byli m.in. szef lokalnej "S" i szef kopalnianej komórki Związku Zawodowego Górników w Polsce. Związki te skupiały blisko 90 proc. pracowników "Rydułtów"...

Prokuratorzy mówią, że jeśli uda się rozłożyć na czynniki pierwsze interesy spółek takich, jak "Funa" (a było ich przeszło trzy tysiące!), łatwiej będzie zrozumieć sposób funkcjonowania wielu wielkich firm, które zbiły fortunę na kooperacji z górnictwem. Także Agencji Handlowej Barbary Kmiecik, która w latach 90., zatrudniając kilka osób, notowała przychody 300 mln zł rocznie.

Jest oczywiste, że ani ona, ani jej podobni nie mogli funkcjonować bez kręgu przyjaciół - nie tylko w kierownictwie kopalń, ale i w polityce. Bez politycznego parasola kulisy afer węglowych zostałyby dawno wyjaśnione.

ZBIGNIEW BARTUŚ
"Dziennik Polski" 2007-04-30

Autor: wa