Odtajni, lecz nie upubliczni
Treść
Wbrew własnym weekendowym zapowiedziom premier Marek Belka nie odtajnił wczoraj trzech oświadczeń majątkowych złożonych w 2002 r. przez ówczesnego szefa polskiej dyplomacji Włodzimierza Cimoszewicza. Dopiero dziś pisemny wniosek w tej sprawie złoży SLD-owski kandydat na prezydenta. Premier oświadczenia odtajni, ale ich nie upubliczni, bo będą wówczas w posiadaniu prokuratury.
Informacja o istnieniu trzech oświadczeń majątkowych Włodzimierza Cimoszewicza zaskoczyła wszystkich. Centrum Informacyjne Rządu poinformowało, że w aktach byłego ministra spraw zagranicznych znajdują się:
- oświadczenie z 22 stycznia 2002 r., które jest dokumentem składanym z chwilą objęcia stanowiska w rządzie;
- oświadczenie z 2 kwietnia 2002 r. będące oświadczeniem za 2001 r. (zgodnie z ustawą powinno obejmować stan majątku na dzień 31 grudnia 2001 r.);
- dokument z 20 kwietnia 2002 r., który według samego Cimoszewicza informował o zbyciu 10 proc. udziałów w spółce BMC.
Oświadczenia miał odtajnić wczoraj premier Marek Belka. Nie zrobił tego jednak, bo niezbędny jest pisemny wniosek Cimoszewicza. Ten nie wpłynął, bo marszałek był "fizycznie niedostępny". Ma się to stać dzisiaj i rzecznik rządu Dariusz Jadowski zapowiada, że nie będzie z tym zwlekał. Problem jednak w tym, że zdjęcie klauzuli poufności nie będzie oznaczało upublicznienia oświadczeń Cimoszewicza. Te bowiem będą znajdować się w prokuraturze. Może się okazać, że prokuratura będzie chciała je przekazać dopiero po zakończeniu trzech postępowań prowadzonych w tej sprawie.
Jeszcze w sobotę Cimoszewicz, pytany przez dziennikarzy, skąd takie nagłe rozmnożenie jego oświadczeń majątkowych, tłumaczył, iż to wynik jego "ponadstandardowej uczciwości". Jak się jednak ma ta uczciwość do jednoznacznej deklaracji złożonej na konferencji prasowej dzień po pojawieniu się rewelacji Anny Jaruckiej?
- Składałem tylko jedno oświadczenie ministerialne - stwierdził stanowczo Cimoszewicz. Więc jedno czy trzy?
- Pierwsze oświadczenie jest związane z początkiem mojej pracy, drugie z kwietnia, czyli normalne coroczne, i jest trzecie, dodatkowe, związane ze zmianą w moim stanie majątkowym - tłumaczy już teraz kandydat SLD na prezydenta. Słuchając tych wyjaśnień, trudno nie zgodzić się z Romanem Giertychem, który twierdzi, iż Cimoszewicz wpadł już w "spiralę kłamstw" i nie wie, jak z tego wybrnąć. Za to stwierdzenie lider Ligi Polskich Rodzin ma stanąć przed sądem, prawdopodobnie w trybie wyborczym (przyspieszony tryb orzekania w ciągu 48 godzin).
- Bardzo chętnie, bo przed każdym sądem udowodnię, że pan Cimoszewicz skłamał przed komisją śledczą i w swoim oświadczeniu - dodaje Giertych.
A to, czy skłamał, od kilku dni bada warszawska prokuratura. Także i ona dopiero dowiedziała się, że istnieją trzy oświadczenia Cimoszewicza, więc wystąpiła do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów o ich przekazanie prowadzącym śledztwo.
Wczoraj w prokuraturze znów cały dzień trwały przesłuchania, które jednak toczą się w wielkiej tajemnicy, nie wiadomo nawet, kto konkretnie był przesłuchiwany. Wiadomo, że byli to pracownicy MSZ. Sama Jarucka ma być wezwana dopiero na zakończenie postępowania, a wiec za mniej więcej dwa tygodnie. W międzyczasie prokuratorzy mogą wezwać świadka, który zgłosił się do sztabu wyborczego Cimoszewicza. To emerytowany pracownik MSZ, który "ma świadczyć na korzyść wersji marszałka".
Mikołaj Wójcik
"Nasz Dziennik" 2005-08-23
Autor: ab