Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Odrzucenie Karty to minimum

Treść

Traktat reformujący jest w istocie powtórzeniem treści traktatu konstytucyjnego. W znaczący sposób zwiększa władzę UE w stosunku do państw narodowych. Zmniejsza reprezentację Polski we wspólnych instytucjach. Wprowadza urząd prezydenta Unii o dwuipółrocznej kadencji, zasadę wspólnej polityki zagranicznej (która wprawdzie uzgadniana jest jednomyślnie, ale zobowiązuje kolejne rządy), mimo że nie towarzyszą temu żadne działania dające rękojmię solidarności (jak np. odwołanie projektu Gazociągu Bałtyckiego), wprowadza osobowość prawną Unii, czyli nadaje jej cechy państwa. Zakres kompetencji znacznie wykracza poza uzgodnione w Europie wartości i interesy, poza realne pole solidarności. Nawet jeżeli władze Rzeczypospolitej uznały nieuchronność traktatu, powinny działać na rzecz jego efektywnych kompensat politycznych i ekonomicznych (np. natychmiastowe przyznanie stuprocentowych dopłat dla polskich gospodarstw rolnych).

Pozytywną, ale niewystarczającą decyzją jest odrzucenie Karty Praw Podstawowych. To jest absolutne minimum. Karta jest jednostronnym, a momentami złym dokumentem. Wystarczy wskazać art. 21 ust. 1 posługujący się konceptem "orientacji seksualnej" i zawierający efektowny zakaz wszelkiej dyskryminacji owych (nigdzie zresztą niewyliczonych) nastawień płciowych. Rzecz w owym słowie "wszelkich". Bo dziś ruch homoseksualny jako dyskryminację piętnuje właśnie wszelkie odrzucenie swoich roszczeń. Homoseksualizm chce mieć wszelkie możliwe prawa przysługujące rodzinom: małżeństwa, wpływ na edukację szkolną, adopcję, a nawet ochronę karną przed moralną krytyką (piętnowaną jako homofobia i stawianą obok takich występków, jak nienawiść rasowa czy pochwała terroru).
Sprawa ta będzie testem na wiarygodność rządu. Platforma zablokowała (masowo wstrzymując się od głosu) zmiany Konstytucji potwierdzające godność ludzką i prawa człowieka przysługujące dzieciom przed urodzeniem. Politycy PO twierdzili, że nie są przeciw samej zasadzie, ale nie poprą otwieranych przez jej proklamację ewentualnych skutków prawnych. Pragmatyzm przeciwstawiono sprawiedliwości. Miejmy nadzieję, że teraz będą potrafili przeciwstawić pragmatyzm presji poprawności politycznej. A analiza pragmatyczna, analiza skutków w sposób oczywisty potwierdza, że zakaz "wszelkiej dyskryminacji" to sformułowany w poetyce moralnego szantażu nakaz spełniania wszelkich roszczeń politycznych ruchu homoseksualnego, bo każde z nich jest przeciwstawiane rzekomej dyskryminacji. Rzekomej, bo ani prawna aprobata dla tych związków, ani adopcje dzieci, ani tym bardziej represyjna ochrona przed krytyką nie są żadnym prawem z tytułu demonstracyjnego homoseksualizmu.
Niewinnie brzmi również art. 19 potępiający - znowu bez zastrzeżeń - wysiedlenia. Rzecz abstrakcyjnie godna poparcia, ale nie można abstrahować od kontekstu, jaki tworzy tu poparcie Niemiec, największego państwa w Unii (jak również niemieckiego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego), dla ruchu przesiedleńców. Jego ideologia to próba zrzucenia z Niemiec - pod pretekstem praw człowieka - odpowiedzialności za skutki drugiej wojny światowej. Jeśli chodzi o Kartę Praw, to jej przyjęcie jest całkowicie w rękach Prawa i Sprawiedliwości. PiS ma nawet 12 głosów więcej, niż trzeba do odrzucenia ratyfikacji traktatu, i powinien przedstawić jasną deklarację, że go nie przyjmie w wypadku aprobaty rządu dla Karty Praw.
not. JMK
"Nasz Dziennik" 2007-11-24

Autor: wa