Obyczaj chrześcijański nie musi być płytki
Treść
Z Markiem Jurkiem, marszałkiem Sejmu, rozmawia Mikołaj Wójcik
Jak Pan odebrał ostatnią publikację w tygodniku watykańskim "L'Osservatore Romano"? Publicysta Mario Gabriele Giordano napisał, że ponieważ Europa zaczyna traktować Święta Bożego Narodzenia wyłącznie jako pretekst do zakupów i konsumpcji, a nie okazję do religijnej medytacji nad narodzinami Chrystusa, to może trzeba wykreślić je z listy dni wolnych dla wszystkich. Wówczas świętowaliby tylko ci, którzy naprawdę czują taką potrzebę. Poważna propozycja czy prowokacja felietonisty?
- "L'Osservatore Romano" jest poważnym pismem, ale felieton może balansować na granicy żartu, w tym wypadku bardzo smutnego. Chociaż nie wiem, czy w skali choćby jednego pokolenia nie pojawią się serio postulaty, żeby pozbawić Święta Bożego Narodzenia rangi publicznej. Przecież już w tej chwili słyszymy, że odbiera się w Wielkiej Brytanii dotacje organizacjom społecznym, które chcą uczyć kolęd czy nauczać o życiu Jezusa Chrystusa. Jedna z dużych linii lotniczych zakazała swoim stewardesom noszenia krzyżyków, uzasadniając to chęcią uniknięcia prowokacji na tle religijnym. Chrystofobia jest niestety bardzo realnym zjawiskiem. W najbardziej agresywnych formach uderza w rzeczy, wydawałoby się, tak oczywiste w naszej kulturze, jak obchodzenie Bożego Narodzenia.
Senator Jarosław Gowin, komentując ten felieton, mówił, że jest on na pewno zrozumiały w Europie Zachodniej, ale nie w Polsce. Czy rzeczywiście? U nas co prawda w czasie Pasterki kościoły są pełne, ale czy nie jest to raczej powoli traktowane jako kolejny zwyczaj wigilijny po pierwszej gwiazdce, choince, prezentach...
- Na pewno w Polsce sam obyczaj chrześcijański nie jest zagrożony. Natomiast tak jak gdzie indziej kwestionowane czy podważane są zasady życia chrześcijańskiego. Jeśli wśród czołowych polityków pojawiają się głosy, że o tym, czy należy chronić publicznie sakralny charakter niedzieli, powinni decydować przedsiębiorcy albo konsumenci, to pokazuje niestety, że dla pewnej części opinii zasady chrześcijańskie przestają obowiązywać nawet jako argument, do którego trzeba się odnieść.
Ale obserwujemy, że to jest stały trend. W Wielkiej Brytanii w tym roku nie ma już na znaczkach pocztowych niczego, co kojarzy się z Bogiem. Zastąpiły to bałwanki, renifer, choinka. Święta Bożego Narodzenia są coraz mniej katolickie, coraz bardziej zatraca się ich centrum: narodziny Jezusa Chrystusa. Ważniejsze są centra handlowe. Jest gdzieś tama dla tej dewaluacji świąt?
- Na pewno w wielu krajach coraz częściej są to święta zimowe, rodzinne, kojarzone z porą roku...
...chociaż pamiętam, jak kiedyś ksiądz biskup Piotr Jarecki, opowiadając o swojej wakacyjnej wizycie w Stanach Zjednoczonych, mówił o transparencie z napisem "Christmas in July". Więc chyba jednak coraz częściej chodzi o część rynku, świąteczną, choć i u nas rozpoczynającą swoją ekspansję już w okolicach 1 listopada.
- Paradoksalnie na początku komercyjne wykorzystywanie tych świąt świadczyło o ich wadze w naszym życiu. Wytwórnie płytowe wypuszczają co roku nowe edycje kolęd, bo ludzie chcą ich słuchać i cieszą się Bożym Narodzeniem. Ale przyszły czasy, w których obyczaj chrześcijański został dotknięty milczeniem chrześcijaństwa. W wielu miejscach Europy obyczajom nie nadaje się już znaczenia, które odpowiada ich istocie, bo nie wypada obnosić się z wiarą. Zostaje pewien retrokoloryt, który w sposób sympatyczny i trochę uroczysty ubarwia życie. Ciesząc się więc naszą chrześcijańską tradycją ludową, powinniśmy chronić znaczenia, które ona niesie.
A dostrzega Pan jakieś pozytywne symptomy? Coś zmienia się na lepsze?
- Oczywiście. Jedną z takich zmian jest coraz powszechniejszy obyczaj czytania Ewangelii, czy to fragmentu ze św. Mateusza, czy św. Łukasza, zanim rodzina usiądzie do wigilijnego stołu. To pokazuje, że obyczaj chrześcijański nie musi być płytki. Może być wyrazem i umocnieniem życia chrześcijańskiego, a nie jedynie jego pozostałością. W moim przekonaniu, problem Zachodu nie polega na tym, że są jacyś ekstremiści, którym przeszkadza jakakolwiek kulturowa obecność chrześcijaństwa. On polega na tym, że albo nie ma opinii chrześcijańskiej, albo nie reaguje ona na tego rodzaju ataki.
Panie Marszałku, Święta Bożego Narodzenia są świętami rodzinnymi. Jak Pan je spędza? Kiedyś przeczytałem, że to jedna z niewielu okazji do spotkania z mamą.
- Oczywiście spędzamy je wszyscy razem u nas w domu. W tym roku przyjadą i rodzice, i Wojtek, mój brat, którego praca pozwala mu teraz spędzać święta z nami.
Jakie zwyczaje wigilijne są zachowywane u Państwa w domu?
- Oczywiście choinka, śpiewanie kolęd (i kolędy z płyt, które grają cały czas), wspólne wyjście na Pasterkę, którą koncelebruje mój brat, a wcześniej wieczerza wigilijna...
...z tradycyjnymi potrawami? Karp?
- Tradycyjne potrawy oczywiście tak. Barszczyk czerwony z uszkami, pierogi, naleśniki. Ale karp nie przyjął się w naszej rodzinie. Raz czy dwa były podejmowane próby, ale dla nas to ryba za tłusta. Jemy raczej morszczuka po grecku.
A przed świętami wysyła Pan życzenia na kartkach pocztowych? Ten zwyczaj coraz szybciej zanika ze względu na rozwój internetu. A do tego jeszcze teraz mieliśmy strajk listonoszy.
- Naturalnie, że wysyłamy. Ale to raczej domena żony Izy i córek.
A prezenty?
- Zawsze jest ich dużo, leżą pod choinką.
A kto nimi obdarowuje? Święty Mikołaj czy może Gwiazdor, bo Pan Marszałek jest z Wielkopolski...
- Nie, nikt nie przynosi. Sami się obdarowujemy. Choć pamiętam z dzieciństwa taką Wigilię, gdy dostałem pierwszy tom "Winnetou" Karola Maya. Byłem przekonany, że widziałem wówczas świętego Mikołaja wsiadającego do taksówki i odjeżdżającego szybko sprzed domu. Jakoś tak się stało, że usłyszałem trzaśnięcie drzwiami i wyjrzałem przez okno, a tam właśnie ktoś, kto dla mnie wyglądał jak zgarbiony pod workiem święty Mikołaj, wsiadał do auta. Pamiętam to jak dziś, ale nigdy później go nie widziałem [śmiech].
Panie Marszałku, tydzień po Świętach Bożego Narodzenia kończy się rok 2006. Już chyba, miejmy nadzieję, niewiele wydarzy się w polityce i życiu społecznym przez te najbliższe dni, więc pora na podsumowania. Co Panu najbardziej utkwiło w pamięci? Wydarzenie, słowa...
- Pielgrzymka Benedykta XVI do Polski i słowa Jana Pawła II - że dziś Polska ma być ziemią szczególnego świadectwa - które Papież powtórzył, zaznaczając, że jest to jeszcze bardziej aktualne jak ćwierć wieku temu.
Zaraz po Nowym Roku pierwsze posiedzenie Sejmu, a na nim, poza wyborem nowego prezesa Narodowego Banku Polskiego, głosowanie nad zmianami w Konstytucji w kwestii ochrony życia. Jak Pan sądzi, znajdzie się większość przynajmniej 307 posłów chcących bronić Polski przed zakusami "cywilizacji śmierci", przed którą tak przestrzegał Jan Paweł II?
- Ta większość jest. Za podjęciem prac nad projektem głosowało 72 proc. posłów, co stanowi większość konstytucyjną z zapasem [wynosi ona dokładnie 2/3, a więc ok. 66 proc. ustawowej liczby posłów - przyp. red.]. Teraz wszyscy odpowiadamy za to, by ją utrzymać.
Czego życzyć Panu w nadchodzącym roku? Żartobliwie to pewnie grzecznych posłów i mniej posłanki Joanny Senyszyn na mównicy w czasie głosowań.
- Kolegom w Izbie przed świętami życzyłem, byśmy w nowym roku choć trochę, nie zamazując uprawnionych różnic, poszerzyli zakres zgody narodowej. Spraw, w których Polacy w przeważającej większości się zgadzają. Bo szczególnie państwowym elementem demokracji jest konsensus. A wolność pani Senyszyn muszę chronić, bo ochrona głosów mniejszości parlamentarnej to obowiązek marszałka. Choć czasem muszę reagować na to, co i jak mówi.
Dziękuję za rozmowę, życząc Panu i podległemu marszałkowi Sejmowi tego, co powyżej. I by konieczności takich reakcji było jak najmniej.
"Nasz Dziennik" 2006-12-22
Autor: wa