Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Obudzeni

Treść

Oto sceneria, jaką dobrze znamy: małe miasto, zagubiona na uboczu wioska, życie płynące swoim codziennym rytmem. Jedni się rodzą, inni umierają. Towarzyszą im zwykłe ludzkie sprawy, codzienne obowiązki, naznaczone troską o godny byt. Czasem przychodzi wieść, iż ktoś zachorował i pewnie się już nie podniesie, bo to rak, ktoś inny znalazł się w szpitalu, bo "dopadł" go zawał i teraz będzie już musiał uważać na siebie. Na tę wieść zebrani pokiwają głowami, zadumają się nad ulotnością życia i odejdą do swojej szarej codzienności. Taki jest ludzki los. "Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei" - wszystko zdaje się mówić ustami Hioba. Przyzwyczajamy się do takiego stanu rzeczy: coraz trudniej wyrwać się nam z marazmu, przekroczyć kołowrót tych samych, powtarzalnych czynności. Rutyna zabija ducha. Czy wolno nam się z tym pogodzić - w imię godności i powołania człowieka?

Kiedy Jezus wędrował po ziemi palestyńskiej, dotykał ludzkiej zwyczajności i ułomności. Postępowała za Nim sława cudotwórcy i kogoś, kto mówi w taki sposób, w jaki jeszcze nikt tego nie czynił - proroka głoszącego "naukę z mocą". Pozostawał po Nim niepokój, pamięć Bożej potęgi: niewidomi zaczynali widzieć, chromi - chodzić, trędowaci zostawali oczyszczeni. Jeszcze więcej było tych, którzy nie mieli szczęścia: zabrakło dla nich miejsca, nie było komu przynieść noszy i dalej musieli nieść brzemię swojego cierpienia. Po co to wszystko? - mógłby ktoś zapytać. Przecież Jezus nie uzdrowił wszystkich! Nie rozwiązał narastających przez lata problemów. Może lepiej było nie rozpalać w nadziei - albo wszyscy, albo nikt! Solidarność bólu sprawia, że łatwiej go znosić. Odrętwienie i stagnacja działają jak narkotyk, nie widzi się swojej małości i grzechu, gdy jest wokół półmrok. Dlaczego więc?...
Jezus w Ewangelii św. Marka jest ciągle w drodze. Gdy wczytujemy się w kolejne opisy spotkań, uzdrowień, nawróceń, uwagę zwraca na siebie fakt, iż są to tylko muśnięcia Bożej mocy. "Pójdźmy, gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem". Cóż to jest jeden dzień, gdy wokół tylu ludzi oczekujących pomocy, wsparcia. Krótkie chwile mógł im dać - ale jakże ważne! To był zasiew. Ziarno Słowa zostało rzucone w ludzkie serca. Zaczęło tam pęcznieć, kiełkować. U jednych - tęsknotą za innym życiem, którego perspektywę nagle dostrzegli. Pozostała w nich nadzieja, że powróci i dokończy dzieła. Inni woleliby zapomnieć - w nich Słowo rozbudziło złość, grzech został nazwany po imieniu. Stało się sędzią. Woleliby Go już więcej nie oglądać. Skrajne reakcje, diametralnie różne postawy. Jedno jest pewne: ci, którzy Go spotkali, stali się inni. Coś w nich się obudziło, zaniepokojone sumienie zaczęło przypominać o wyrządzonych krzywdach, zaczęły się pytania, poszukiwania. Marazm prysnął jak bańka mydlana. A potem jeszcze te powtarzane z ust do ust niezwykłe wieści, że ukrzyżowany - trzeciego dnia zmartwychwstał...
Słowo Boże ma to do siebie, że niepokoi, zmusza do rewizji życia. Tak było wtedy i tak jest dzisiaj. Podobne są też reakcje słuchających: w jednych budzi irytację, złość, prowokuje do skrajnych ocen, roznieca wściekłość na sam dźwięk słów modlitwy; w innych rozpala nadzieję, pozwala poskładać na nowo potrzaskaną duszę, prowadzi do nawrócenia. Jesteśmy dziś spragnieni Słowa prawdy i miłości - choć wielu się do tego nie przyzna. Mamy dość kłamstw i obłudy wokół, pseudoinformacyjnego zgiełku, który tylko wzmaga wewnętrzną pustkę. Szukamy po omacku, tymczasem ratunek jest tak blisko. Trzeba się tylko zdobyć na odwagę i porzucić marazm, przyzwyczajenie. Pozwolić, by ziarno Słowa zakiełkowało w sercu. Zaryzykować. Bóg da wzrost.
ks. Paweł Siedlanowski
"Nasz Dziennik" 2009-02-07

Autor: wa