Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Nowe oblicze francuskiej polityki

Treść

Z historykiem i politologiem Reynaldem Secherem rozmawia Franciszek L. Ćwik

Niebawem minie rok od przejęcia władzy w Pałacu Elizejskim przez Nicolasa Sarkozy'ego? Jak w Pana ocenie wygląda bilans jego dotychczasowych rządów? Na ile zrealizował on zapowiadane przed wyborami reformy?
- Sarkozy zerwał z uprawianą od 50 lat polityką, podważając praktykowaną socjaldemokrację, zasadę stawiającą państwo na pozycji centralnej. Umieścił on osobę ludzką w centrum życia społeczno-gospodarczego. Podważył statut administracji państwowej, który - wydawałoby się - był nie do zachwiania. Zrównał w prawach emerytalnych sektor publiczny z prywatnym. Zakwestionował 35-godzinny tydzień pracy. Dał, zarówno zatrudnionym, jak i przedsiębiorstwom, możliwość zwiększenia aktywności zawodowej. Powstrzymał spiralę podatkowego gnębienia ludzi, ustalając zasadę, że rodzina nie może płacić państwu więcej niż 50 proc. swoich rocznych dochodów. Poszerzył sferę wolności dla przedsiębiorczości, zarówno w kwestii zakładania firm, jak i funkcjonowania małych i średnich zakładów pracy.

Rysuje Pan bardzo pozytywny, żeby nie powiedzieć - rewolucyjny, obraz dokonań obecnego prezydenta, ale opinia publiczna jest w stosunku do niego bardzo krytyczna. Jej zdecydowana większość negatywnie ocenia jego dotychczasową politykę. Skąd to się bierze?
- Trzeba wiedzieć, że we Francji 56 proc. ludności korzystało przez lata z systemu socjaldemokracji, kosztem innych osób, które tym sposobem wyzyskiwano. To owa większość, mając przed oczami wizję utraty swoich dotychczasowych przywilejów i korzyści, źle ocenia politykę prezydenta. Politykę, dla której nie ma alternatywy. Nasz kraj liczy 6,5 mln urzędników, których utrzymanie pożera 45 proc. budżetu państwa, co stanowi 56 proc. PNB. Jeżeli nie dojdzie do przerwania obecnej polityki, to za 10 lat będzie u nas 10 mln urzędników państwowych i zupełny krach finansowy. Już obecnie stoimy nad przepaścią. Deficyt budżetowy kształtuje się na poziomie 3 proc., a zadłużenie kraju wciąż rośnie. Miał rację premier Fran?ois Fillon, kiedy mówił, że jesteśmy na granicy bankructwa. Dlatego nie ma innej możliwości ratowania kraju, jak tylko przez gruntowne reformy prowadzone przez Nicolasa Sarkozy'ego.

Czy Pana zdaniem można również mówić o jakościowych zmianach francuskiej polityki międzynarodowej od czasu objęcia najwyższego urzędu w państwie przez Nicolasa Sarkozy'ego?
- Tutaj także jest zasadnicza zmiana opcji. Sarkozy zerwał z polityką swoich poprzedników, zbliżając się do świata anglosaskiego, zwłaszcza do USA i Wielkiej Brytanii. Poszerzył zakres prowadzonej przez siebie polityki o wschód Europy, w tym o Rosję.

W wielu krajach byłego bloku sowieckiego z dużym niepokojem patrzy się na francuskie i niemieckie zbliżenie z Rosją. Wymownym jego dowodem była odmowna decyzja Paryża i Berlina w sprawie przyjęcia Ukrainy i Gruzji do NATO. Czym Francja uzasadnia chęć poprawy swoich stosunków z Moskwą?
- Nicolas Sarkozy widzi w Rosji ewentualnego partnera w budowie tamy dla inwazji islamu i pomost umożliwiający zacieśnienie kontaktów z krajami Europy Wschodniej. Mówił o tym bardzo wyraźnie.

Czy nie ma jednak niebezpieczeństwa, że nadmierne spoufalanie się Francji z Rosją będzie dla tej ostatniej jedynie wodą na młyn w polityce odradzania własnej mocarstwowości?
- Na dziś trudno cokolwiek wyrokować. Nie jest jasne, jaka będzie polityka nowego prezydenta Rosji. Czy będzie on kontynuował linię zapoczątkowaną przez Putina, czy też rządy w tym kraju przyjmą bardziej demokratyczny charakter. Nicolas Sarkozy nie posunie się na tyle daleko, by pozwolić na włączenie Francji w ewentualną orbitę rosyjskich mocarstwowych interesów.

Czy zbliżenie z USA i Wielką Brytanią oznacza zmianę francuskiej polityki unijnej? Czy może nadal będzie w niej obowiązywać prymat tandemu Paryż - Berlin?
- Już od dawna widać, że ewidentnie doszło do zasadniczego przemeblowania francuskiej polityki unijnej. Paryż nie stawia, tak jak to było dawniej, na swojego strategicznego partnera, którym byli Niemcy.

Skąd ta zmiana?
- Są dwie przyczyny. Najważniejszą jest różnica interesów ekonomicznych, zwłaszcza w obliczu wyrastania takich potęg, jak Chiny i Indie. Francja ma inną strukturę eksportu i inne interesy polityczne. Do tego dochodzi znaczna różnica w mentalności i sposobie funkcjonowania Niemców i Francuzów. Nowością jest też podkreślanie przez Nicolasa Sarkozy'ego chrześcijańskich korzeni Europy i z tej racji kategoryczna odmowa przyjęcia do Unii Turcji.

Czy przeciwwagą dla Niemiec jest koncepcja Sarkozy'ego utworzenia Unii Śródziemnomorskiej, która w Berlinie została przyjęta dość chłodno?
- Celem powołania Unii Śródziemnomorskiej jest powstrzymanie, zwłaszcza w krajach północnoafrykańskich, wpływów skrajnego islamu i przeszkodzenie islamizacji Europy. Chodzi o to, by stworzyć w tym regionie ekonomiczne możliwości rozwoju i wyeliminować podłoże szerzenia się religijnych skrajności.

Zbliżenie z USA i Wielką Brytanią, tworzenie Unii Śródziemnomorskiej, otwarcie się na wschód Europy to przełom w dotychczasowej francuskiej polityce. Jaki cel jej przyświeca?
- Nicolas Sarkozy chce przywrócić dawno utraconą, światową pozycję Francji, tym bardziej że obecnie wycofuje się ona z Afryki. Nie wystarcza mu jedynie chęć grania pierwszych skrzypiec w Europie. Zdaje on sobie sprawę, że Francja znajduje się obecnie "w drugiej lidze" i chce ją z niej wyprowadzić.

Czy plany uczynienia z Francji światowego mocarstwa są czymś realnym?
- Sarkozy marzy o tym. Wielu o tym marzyło i udało się im. Może i jemu się uda. Pozwólmy mu marzyć.

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2008-04-29

Autor: wa