Przejdź do treści
Przejdź do stopki

NON POSSUMUS

Treść

To tylko nieco więcej niż lat pięćdziesiąt upłynęło, a nasza pamięć okazuje się zawodna. Był to rok 1953. "Przodujący system" i "świetlana ideologia" znajdowały się w szczególnej euforii. Wszystko układało się bowiem po myśli generalissimusa. Jedynie był problem z Kościołem, który miał inne założenia, inne spojrzenie na świat, inną skalę wartości. Co więcej, miał odmienną wizję szczęścia człowieka, a przecież dla wielu ówczesnych polityków, dziennikarzy, różnych działaczy było czymś oczywistym, że nie może być nic lepszego poza genialną myślą Józefa Stalina. Zaczęto uderzać w Kościół.


Najpierw w Związku Radzieckim, potem w demoludach i tak ta fala dotarła do Polski. Znaleźli się oskarżyciele, nie było kłopotów ze świadkami i dokumentami, o których wiarygodność nikt nie pytał. Nie zabrakło sędziów posłusznych i wyciszonych adwokatów. Najmniej było kłopotów z prokuratorami, gdyż od czego była rezerwa wojskowa?
I tak mamy proces "krakowski", ks. bp. Czesława Kaczmarka, usunięcie biskupów śląskich z diecezji, uderzenie w prasę katolicką, zamordowanie ks. Kaczyńskiego, uwięzienie setek działaczy. Ale pozostała Warszawa.
Ksiądz kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski, nie zawiódł. Z mocą powiedział: "Non possumus". Nie możemy nadal tolerować bezprawia. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Znaleziono materiały, i to w samą porę, właśnie takie, jakie wtedy były modne. Prymas Polski został uwięziony. Pierwszy raz w historii Polski dokonano tego w imię władz Rzeczypospolitej, Ludowej wprawdzie, ale zawsze to była Ojczyzna. I stąd nasz wstyd i ból zarazem.

Powracająca fala
Wolność denerwuje wszystkich, którzy chcą narzucać innym swoją wolę, wyobraźnię, politykę, gospodarkę. Totalitaryzm polityczny, wydaje się, że przeszedł do bolesnej historii. Totalitarystyczne jednak ciągoty dają o sobie znać. I tylko Kościół silny mocą Chrystusową potrafi powiedzieć "nie": zabijaniu nienarodzonych, eutanazji, wynaturzonym związkom międzyludzkim, uzależnieniom, nieuczciwości w gospodarce, a cywilizacji śmierci w kulturze.
To jest wyjątkowo denerwujące dla współczesnych kandydatów na rządców dusz. O tym przekonał się ksiądz Prymas Tysiąclecia zaledwie w parę lat po powrocie z internowania. Sam opowiadał przed swoim odejściem z tego świata, że kiedyś został zaproszony albo wezwany przez ówczesnego I sekretarza Władysława Gomułkę. W gabinecie obok księdza Prymasa i pierwszego sekretarza był także premier Józef Cyrankiewicz, który nie zabierał głosu. Władysław Gomułka siedział naprzeciw księdza kardynała. Przed nim na stole znajdowała się sterta papierów, chyba donosów, gdyż pierwszy Sekretarz co chwilę sięgał po nie, wertował na różne strony i atakował księdza Prymasa, powołując się na to, co tam było zapisane. Zarzucał księdzu Prymasowi takie lub inne wystąpienia jakoby przeciw ówczesnym władzom. A ksiądz Prymas na to wszystko odpowiadał: "Panie sekretarzu, przecież ja pana nie wymieniłem". Józef Cyrankiewicz miał się jedynie lekko uśmiechać.
I tak było wciąż. Ksiądz Prymas nie uląkł się maszynopisów, donosów. Był sobą jako świadek i strażnik wolności. Nie ugiął się w kolejnej fazie totalitaryzmu, chociaż mu zarzucano, że podpisał umowę z rządem, że jakoby poszedł zbyt daleko na ugodę. Historia nie potwierdziła tych obaw. Prymas Tysiąclecia doszedł jedynie do tego miejsca, gdzie mógł i gdzie musiał powiedzieć: "Non possumus!". Przeciw niemu organizowano nagonkę. Zwożono młodzież, która jadąc ciężarówkami ulicą Miodową, krzyczała: "precz z prymasem, prymas do Watykanu, koniec zdrajcom!".
Powracająca fala wciąż daje o sobie znać. Wyraża się ona innym językiem, posługuje się nowymi metodami, ale rzecz dotyczy tego samego: nie znosi wolności, a więc nienawidzi Kościoła, który jest twardym strażnikiem i obrońcą wolności.

"Nikt cię nie oskarżył?"
Jesteśmy świadkami kolejnych ataków na wolność, a zwłaszcza na wolność Kościoła jako instytucji i wspólnoty, która ma swoje zdanie w jakże istotnych sprawach. To nic, że to jest zdanie Ewangelii, że za tym stoi Chrystus, ale współcześni totalitaryści nie chcą się na to zgodzić. To zmusza ich bowiem do odstępstwa od gotowych szablonów.
Wiedzą o tym, że władze polityczne są w naszych czasach dość słabe, że ekonomia nie ma odpowiednich narzędzi, dlatego uciekają się do mediów. A szum medialny jeszcze ma wiele do powiedzenia. Jeszcze ludzie nie doświadczyli jego negatywnych skutków. Jeszcze są zauroczeni techniką i tym, co niosą ze sobą środki komunikacji pozytywnego, jeżeli są środkami komunikacji, a nie mass mediami, czyli środkami dla mas i środkami na masy.
Nie ma więc znaczenia, że brakuje oskarżycieli, że nie wiemy konkretnie, kto za tym stoi. W ogólności możemy powiedzieć, że to są ci sami, którzy dostarczali Władysławowi Gomułce materiałów. Dla współczesnych zwolenników totalitaryzmu to nie gra roli. Liczy się fakt, że to się pokazuje w mediach.
Historycy nie badają, kto to napisał? Czy był kompetentny? Czy znał te dziedziny? Nie patrzą nawet, na jakim papierze jest to pisane. Nie obchodzi ich, że są to często kserokopie, chociaż dawne kserokopiarki były słabe i do tej pory wszystko by wyblakło, że wtedy raczej posługiwano się przebitkami maszynowymi. Kto by zajmował się takimi sprawami? Wystarczy, że się zrobi mikrofilm, który nie pozwala na przeprowadzenie badania na temat jakości i czasu powstania dokumentu! Kogo to może obchodzić. I tak cofamy się do czasów feudalnych, gdy władca decydował o wszystkim. Jego gniew, a nawet podenerwowanie czy jeden donos wystarczyły, aby pozbawić życia ludzkiego nawet wielu poddanych.
Po co więc poszukiwanie oskarżycieli, świadków? To są chrześcijańskie przeżytki. A był taki czas, kiedy przyprowadzono przed Pana Jezusa niewiastę, która była cudzołożnicą i złapano ją na gorącym uczynku. Chciano, aby Chrystus potwierdził ich zamiar ukamienowania kobiety. Pan Jezus postawił wtedy pytanie: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień". To byli ludzie jeszcze nie całkiem wyzuci z sumienia.
W końcu został tylko Odkupiciel i owa niewiasta. Pan Jezus zwraca się do niej: "Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?". Tak, nikt jej nie potępił. To było dawno temu. Wtedy sumienie coś znaczyło (por. J 8, 1-11).
Dzisiaj jest już inaczej. Bez sądu, bez wysłuchania stron, bez udowodnienia wartości dowodowej materiałów rzecznik praw obywatelskich wydaje wyrok. Czyżbyśmy nie musieli zacząć posługiwać się tym tytułem w cudzysłowie? Gdzież tu jest miejsce na prawa obywatelskie, podstawowe z nich - o możliwości obrony?! A gdzie jest: audiatur et altera pars?

Od totalitaryzmu do terroryzmu
I tak medialny totalitaryzm niebezpiecznie, przynajmniej w niektórych kręgach, posuwa się w stronę terroryzmu. Totalitaryzm nie dopuszczał możliwości obrony, nie pozwalał na korzystanie z tych samych środków co atak. Terroryzm do tego dodaje anonimowość, strzelanie zza węgła. I tak powstaje nowy rodzaj "szwadronów śmierci"...
Żal się w sercu rodzi. Przypominamy przecież o tym, jak wielu duchownych zamordowano, ilu więziono, ilu wzywano na kolegia, ilu sądzono niesprawiedliwie. Co czują ci męczennicy dzisiaj, kiedy widzą, że ta fala powraca, posługując się nowoczesną techniką? Ale żal mi i tych, którzy ulegają poczuciu bezkarności medialnej. Jak oni będą się czuli po latach? Czy zrozumieją coś z tej lekcji?
Nie można przecież zapominać, że dla osłabienia autorytetu ks. abp. Ignacego Tokarczuka przed laty rządy stanu wojennego wydały jednodniówkę we Włoszech i po to jedynie, aby w mediach można się było powoływać na fakt, że nawet we Włoszech poznano się na "przestępczej działalności" pasterza przemyskiego. Panowie, gdzie jesteście? Powiedzcie nam, jak to było z tym pomysłem? Ile za to wzięliście?
Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Jana Nowaka-Jeziorańskiego, zawierają się one w jego książce "Wojna w eterze", Londyn - Odnowa, 1986 rok, tom I, s. 195. Pisząc o kapłanach, rzekomo współpracujących z reżymem w Polsce, polemizował z tymi, którzy już wówczas usprawiedliwiali swoje niegodziwości jakoby ich znaczącą liczbą. Ta duża liczba, według J. Nowaka-Jeziorańskiego, "była na użytek propagandy. Opierała się na ilości księży przymusowo zaganianych na masówki. Ponieważ rząd chwalił się każdym zwerbowanym 'księdzem patriotą', nasze biuro studiów sporządziło na podstawie prasy szczegółową listę. Okazało się, że tylko 77 (!) można było określić jako czynnych agentów reżymu, reszta zachowywała się biernie. Uderzające było, że wśród licznych uchodźców, różnymi drogami przeciekających przez żelazną kurtynę, nie było ani jednego księdza. Najwidoczniej nawet w tym okresie ciężkich prześladowań nie chcieli opuszczać swej owczarni!". Tyle pan Jan Nowak-Jeziorański!
Jak szybko, panowie historycy, zapomnieliście o potrzebie sięgania do autentycznych i wiarygodnych źródeł. Weźcie pod uwagę opinię świadków, świadków z tamtej epoki. I nie sprzedawajcie tak łatwo sądów, choćby quasi-naukowych!

Katolicy medialni
Jest jeszcze jedna sprawa, obok której trudno przejść obojętnie. W czasach "przodującego systemu" do walki z Kościołem, z hierarchią, duchowieństwem i katolikami świeckimi rząd totalitarny powoływał do istnienia różne instytucje podszywające się pod miano katolickich. Nie będę przypominał, jakie to były organizacje, aby nie zawstydzać tych, którzy może znaleźli się tam z przypadku.
Powstała więc znacząca grupa katolików prorządowych. Oni zawsze byli gotowi mówić to, czego od nich oczekiwano i za co im płacono. Boję się, że i w tej dziedzinie mamy do czynienia z powracającą falą. Wydaje się bowiem, że już powstało środowisko katolików, którzy są gotowi na każde wezwanie mediów mówić to, co odpowiada "przyzwoitości politycznej", czego oczekują od nich pracodawcy.
Dobrze byłoby wcześniej zastanowić się nad tym. Wszystko przecież może ulec zmianie, jeszcze jest ku temu czas. Z ufnością kieruję ten apel do wszystkich katolików medialnych, niezależnie od stroju, bez względu na obecność koloratki. Proszę nie powtarzać błędów przeszłości!
Prawdziwa wolność ma wsparcie, pewne wsparcie i stałe wsparcie w Kościele! Wiecie o tym dobrze. Wasza działalność, niestety w sposób brutalny, potwierdza tę prawdę. Wśród przeciwników Kościoła na takie grupy nie ma miejsca!

Czy Trzej Mędrcy mogli stać się agentami?
Proszę nie dziwić się temu pytaniu. Ale zanim poszukamy na nie odpowiedzi, wypada przypomnieć, że tegorocznemu orędziu na światowy Dzień Pokoju Ojciec Święty dał tytuł: "Osoba ludzka sercem pokoju". Jakże często na ten temat pisał ks. prof. Stanisław Wielgus, jakże często mówił jako biskup. Papież wyjaśnia swoją myśl w słowach: "Prawdziwy i stabilny pokój zakłada poszanowanie praw człowieka. Jeśli zaś fundamentem tych praw jest 'słaba' koncepcja osoby, czyż nie osłabi to ich również? Widać to wyraźnie, jak głęboko niewystarczająca jest relatywistyczna koncepcja osoby, kiedy ma ona uzasadniać jej prawa i bronić" (Benedykt XVI, Osoba ludzka sercem pokoju, 1.01.2007).
Czy więc spór o definicję ludzkiej osoby, o wizję osoby, człowieka - nie leży u podstaw współczesnej agresji, niekiedy przeradzającej się w terroryzm medialny przeciw ludziom Kościoła? Wizja bowiem ewangeliczna nigdy nie da swojego placet na współczesne próby uzależnienia człowieka, na jego zniewolenie. A to się wiąże ze stratami materialnymi wielu. Co jednak jest ważniejsze? Człowiek czy zyski paru?
Herod myślał podobnie do współczesnych tendencji rynkowych. Gotów był przekupić trzech mędrców. Okazał się dla nich uprzejmy i gościnny. Ale na szczęście w tamtych czasach nie były potrzebne paszporty. I dlatego Trzej Królowie "inną drogą udali się do swojej ojczyzny" (Mt 2, 12).
Drohiczyn, 5.01.2007 r.
+ Antoni P. Dydycz
Biskup Drohiczyński
"Nasz Dziennik" 2007-01-06

Autor: wa