Niezła diagnoza, nieadekwatne rozwiązania
Treść
Ogłoszony już oficjalnie program polityki prorodzinnej rządu przypomina wypracowanie zdolnego ucznia, który jednak niezbyt przyłożył się do powierzonego zadania. Kierunek jego myślenia jest nawet dobry, ale wiele akapitów w tym wypracowaniu to przysłowiowe lanie wody. Polskie rodziny oczekują na program odważniejszy i ambitniejszy - i z pewnością na to zasługują. Bez modyfikacji projektu przedłożonego przez wiceminister pracy Joannę Kluzik-Rostkowską można się wprawdzie spodziewać licznych powierzchownych zmian socjalnych, główne bolączki rodziny pozostaną jednak te same.
Oczekiwania społeczne w związku z programem dla rodzin były bardzo duże, w końcu także pod tym hasłem Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory w 2005 roku. Szkoda więc, że po półtora roku oczekiwania program rządu w wielu miejscach rozczarowuje. Może nie tyle kierunkiem zaproponowanych zmian i rozwiązań, co ich skromnymi rozmiarami.
Jak wrócić do pracy?
Na plus należy zapisać rządowi pakiet rozwiązań służących powrotowi kobiet do pracy po urodzeniu dziecka. Można oczywiście dyskutować, na ile rzeczywiście obawa przed utratą pracy powstrzymuje kobiety przed decyzją o posiadaniu dzieci, ale ten problem z pewnością istnieje. Rząd proponuje więc np. pracodawcom czasowe zwolnienia z opłacania składek na Fundusz Pracy za matki wracające do pracy po urlopach macierzyńskich. Prawo ma także pomagać kobietom w przechodzeniu na elastyczny czas pracy, aby ułatwić im opiekę nad dzieckiem. To, że takie rozwiązania nie przynoszą strat firmom, widać na przykładzie wielu przedsiębiorstw, które podobne rozwiązania wprowadziły już u siebie. Jednak w tym segmencie brakuje co najmniej jednego istotnego punktu: jak państwo chce pomagać w powrocie kobiet do pracy? Przedsiębiorcy zwracają uwagę na to, że powrót do pracy po urlopie macierzyńskim oznacza często pracę w zupełnie innych warunkach. Jeszcze bardziej dotyka to kobiety, które dla dobra dziecka decydują się na urlop wychowawczy. W tym czasie wchodzą przecież nowe technologie, programy komputerowe, zmienia się prawo. Niektórzy pracodawcy chcieliby, aby państwo np. dofinansowało szkolenia dla matek, które wracają do pracy. O tym w programie nie ma mowy.
Rozczarowuje także wolne tempo wydłużania urlopów macierzyńskich. Liczyliśmy na to, że już od 2008 r. będą one trwały sześć miesięcy, ale proces ten został rozłożony na kilka lat. Tymczasem, jak słusznie przypomina poseł Marian Piłka (PiS), wydłużenie urlopów to tylko powrót do rozwiązań, które wprowadzono za rządów AWS, a potem zniesiono za czasów SLD.
Pozytywnie należy ocenić przepisy, które mają pomagać w wychowaniu dzieci rodzinom studenckim, choć w ich realizacji mogą przeszkodzić trudności lokalowe w akademikach czy też brak akademików w wielu uczelniach prywatnych.
Zimny wychów
Jeżeli chodzi o wydłużenie czasu pracy przedszkoli (notabene finansowanych z budżetów gmin) i zwiększenie liczby żłobków, to jest to rozwiązanie na dłuższą metę krzywdzące. Miejsce małego dziecka jest przede wszystkim w rodzinie - i żadna instytucja opiekuńcza jej w tym bez szkody dla samego dziecka oraz dla trwałości więzi rodzinnej nie zastąpi. Państwo - właściwie rozumiejąc swoją funkcję pomocniczą - pod żadnym pozorem nie powinno uzurpować sobie przejmowania funkcji wychowawczej rodziny.
Gdzie podziały się ulgi?
Bardzo poważnym mankamentem projektu Kluzik-Rostkowskiej jest brak podatkowych ulg rodzinnych. Co prawda w rządowym projekcie zapisano, że kwota wolna od podatku wzrośnie w 2007 r. ze 120 do 200 zł na każde dziecko, a potem co dwa lata będzie ona wyższa o 100 zł (500 zł osiągniemy w 2013 r., jeśli następny rząd podtrzyma ten kierunek), to jednak nie jest to zapis, o jaki tak naprawdę chodzi. Ulga w wysokości 200 zł to w praktyce zaledwie kilkanaście złotych miesięcznie. Nawet przy niedużym becikowym to kwota więcej niż skromna. Ale o wiele ważniejsze jest to, że rząd nie odważył się na wprowadzenie innego mechanizmu podatkowego.
Obecnie prawo podatkowe pozwala na wspólne rozliczanie się małżonków. Ich łączny dochód dzieli się przez dwa. Może to oznaczać nawet spore oszczędności podatkowe. Ale byłyby one jeszcze większe, gdyby dochody, jakie uzyskuje rodzina, dzielono nie przez dwa, ale np. przez cztery, jeśli rodzice mają dwoje dzieci. - Przy takim dzieleniu dochodów może się okazać, że ulga na dzieci wyniesie kilkaset złotych, ale miesięcznie, a nie rocznie - mówi Artur Kosobudzki, doradca podatkowy.
W swoim dokumencie rząd wylicza, ile będzie kosztować realizacja poszczególnych punktów programu. Do 2014 r. jest to 17,5 mld złotych. Kwota wydaje się na pierwszy rzut oka pokaźna, ale w rzeczywistości to tylko 2,5 mld zł rocznie. Czyli mniej niż 1 proc. budżetu państwa. Resort finansów tłumaczy to stanem finansów państwa, ale trudno w tym miejscu nie zgodzić się z dr. Cezarym Mechem, który zauważa, że teraz jeszcze nas stać na wprowadzenie choćby ulg prorodzinnych, dlatego że niż demograficzny spowodował spore oszczędności (kilkanaście miliardów złotych rocznie) w wydatkach na oświatę czy służbę zdrowia dla dzieci. Budżet ma więc pole manewru. Za jakiś czas, gdy przyjdzie nam ponosić ogromne koszty socjalne związane ze starzeniem się społeczeństwa, budżet będzie jednak jeszcze bardziej napięty.
Poza tym rząd przypomina księgowego, który liczy tylko słupki po stronie "wydatki", analizując, ile pieniędzy pochłonie program. A tymczasem, jeśli więcej pieniędzy zostawimy rodzinom, to w znacznej części wrócą one do budżetu w postaci podatku VAT czy akcyzy. Bilans dla finansów państwa będzie więc dużo lepszy.
Wsparcie socjalne nie wystarczy
Na koniec jeszcze jeden ważny aspekt nieobecny w rządowym programie. Wzmocnienie rodziny dokonuje się nie tylko przez poprawę jej sytuacji socjalnej. Bardzo ważne są także inne działania. - Program polityki prorodzinnej musi być realizowany przez wszystkie ministerstwa, instytucje publiczne - podkreśla prof. Ewa Frątczak ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Dlatego tak ważne jest np. promowanie odpowiednich wzorców i postaw rodzinnych, umacnianie więzi społecznych. Profesor Frątczak zauważa, że o tym, iż ludzie decydują się na założenie i powiększenie rodziny, nie przesądzają wyłącznie względy ekonomiczne. Ważny jest także klimat w rodzinie, społeczeństwie, który sprzyja matkom i dzieciom.
Demografowie narzekają także na to, że państwo nie prowadzi dokładnej analizy stanu polskich rodzin. Nie mamy nawet zdiagnozowanych potrzeb rodzin, gdyż nie prowadzi się takich badań. Trudno nie przyznać im racji, skoro niedawno Główny Urząd Statystyczny ogłosił raport dotyczący sytuacji polskich rodzin - w... 2004 roku. Tymczasem od 2004 r. tyle się wydarzyło (np. ogromna emigracja zarobkowa), że raport nie ma większego znaczenia praktycznego.
Krzysztof Losz
"Nasz Dziennik" 2007-03-12
Autor: ab