Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Nie wszyscy chcą dać im szansę

Treść

Dopiero trzy dni istnieje koalicja, dzięki której wicepremierami w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza zostali Roman Giertych i Andrzej Lepper. To jednak wystarczający czas, by odtrąbiono totalną klęskę poszerzonego gabinetu, by domagać się dymisji dwóch nowych wicepremierów i by odsądzić koalicjantów od czci i wiary tak na łamach wielu gazet w Polsce, jak i w Europie. Warto tymczasem przyjrzeć się sytuacji bliżej, ale z zachowaniem tak deficytowego ostatnio obiektywizmu.
Powstanie koalicji z Ligą Polskich Rodzin w składzie było zaskoczeniem. Oczywiście, układ powstały na bazie sygnatariuszy paktu stabilizacyjnego w tym parlamencie był najbardziej racjonalny, ale ostatnie tygodnie dawały dwa jasne i czytelne przekazy. Pierwszy taki, że Prawo i Sprawiedliwość nie zdecyduje się na "paktowanie" z Romanem Giertychem. A drugi, że Giertych Jarosławowi Kaczyńskiemu nie pozostaje dłużny i też nie ma zamiaru do koalicji wchodzić. PiS chciał Ligę ze względów programowych i arytmetycznych. Nie ma co ukrywać - chciał też uniknąć tego, co było celem lidera LPR, czyli pozostawienia w opozycji innej siły prawicowej. Giertych już do wyborów szedł z jasnym i, trzeba przyznać, bardzo dobrym pomysłem na uprawianie polityki. Ten plan zakładał jednak powstanie koalicji PiS - PO. Wówczas Liga mogłaby usadzić się w roli opozycji i być pierwszym recenzentem skrętu braci Kaczyńskich w stronę liberalizmu. PO pewnie by ten układ zdominowała w ten sam sposób, jak Unia Wolności królowała w koalicji z AWS w latach 1997-2000.
- Myślę, że PiS skończy tak samo jak AWS - mówił jeszcze kilkanaście dni temu Giertych. Tylko że te słowa padały już w innej sytuacji politycznej. Do powstania koalicji PiS - PO nie doszło, a od chwili gdy stało się to jasne, sytuacja LPR też się zmieniła. Tylko że jej lider nie chciał się do tego przyznać. Jeszcze pakt stabilizacyjny był niezłym pomysłem, który pozwalał Lidze zachować odrębność. Co innego koalicja. Dlaczego więc Roman Giertych w piątek wszedł w ten układ? Odpowiedź na to pytanie jest prosta, a powody są dwa, bardzo zresztą ze sobą związane. Pierwszy to opinia elektoratu domagającego się współpracy z PiS, a drugi - groźba dalszego rozłamu w klubie i strukturach LPR. Bo przecież, mimo wielu spraw, główną oś rozłamu stanowił właśnie stanowczy sprzeciw Giertycha wobec negocjacji z PiS. Oczywiście, deklarowano co innego, ale długo utrzymywał się taki stan, że warunek "ja w rządzie" był zaporowy. I taka sytuacja trwała do piątku. To Andrzej Lepper i Jarosław Kaczyński ulegli, nie Giertych.

Wiatr nie przeszkadzał
Lider LPR został ministrem edukacji. Natychmiast podniosło się larum, że oto MEN stało się przedmiotem targów politycznych. Tymczasem dopiero drugi raz zdarza się, że szef tego resortu jest jednocześnie wicepremierem. To z pewnością nobilitacja tego resortu. Czy Giertych nadaje się na ministra edukacji? Na pewno nie mniej niż Lepper na ministra rolnictwa. Ktoś powie: ale Lepper jest rolnikiem, a Giertych nie jest nauczycielem. Tylko że to powrót do zdradliwej koncepcji myślenia, że ministrem zdrowia może być tylko lekarz, rolnictwa - rolnik, a obrony narodowej - żołnierz. Zbyt wiele razy nie zdała ona egzaminu, by dziś się na nią powoływać. Pomijając już fakt, że Giertych uważa, że nauczycielem jest.
Zarzuty, że Roman Giertych zdominuje za pomocą działaczy Młodzieży Wszechpolskiej szkoły i kuratoria oświaty, świadczy o niezrozumieniu mechanizmu funkcjonowania rządu i resortów. Co dziwne, ci krytycy nie podnosili larum ani w dniu, ani po dniu nominacji na identyczne stanowisko prof. Jerzego Wiatra, w swoim czasie głównego ideologa marksizmu.
Wydaje się, że jednym z głównych zadań ministra Giertycha będzie przywrócenie rangi i godności zawodu nauczyciela. W Polsce zdecydowanie za mocno ugruntowało się znane żydowskie przekleństwo: "Obyś cudze dzieci uczył!".

Wykorzysta kontakty?
Programu Romana Giertycha jeszcze nie znamy. Co innego Andrzeja Leppera. Ale on miał więcej czasu na oswojenie się z myślą, że lada chwila obejmie resort rolnictwa. Za najważniejsze zadania szef Samoobrony uznaje doprowadzenie do otwarcia rosyjskiego rynku dla polskich produktów rolnych, przyspieszenie wypłaty dopłat unijnych dla rolników i zwiększenie tzw. kwoty mlecznej. Jest przekonany, że łączenie w jedno Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz Agencji Rynku Rolnego nie jest dobrym pomysłem.
- Może ARR powinna być mniej liczna, ale potrzebna jest osobna agencja płatnicza, żeby dobrze wykorzystać środki unijne - uważa Lepper.
Nowy minister rolnictwa nie wyklucza powrotu do kontraktacji, tak by rolnik wiedział, ile ma wyprodukować i kto oraz za ile kupi owoce jego pracy. Do tego jednak potrzebna jest zgoda Brukseli.
Dużo łatwiejsze może być dogadanie się z Moskwą i Kijowem co do ponownego otwarcia rynków dla polskich produktów. Ukraina już zapowiedziała zniesienie restrykcji, do rozmów z Rosją Lepper chce wykorzystać swoje "dobre układy gospodarcze".
- Każdy z ministrów ma w tej chwili czas, by dopracować szczegóły, z którymi chce wejść do swojego resortu, i dziś o tych zmianach mówić nie warto - uważa szef rządu Kazimierz Marcinkiewicz.
- Rządzimy do końca kadencji, realizujemy program solidarnego państwa, po to powoływaliśmy tę koalicję - dodaje premier. Jego zdaniem, w programie rządu niewiele się zmienia w stosunku do jesiennego exposé.
- Zobaczymy, czy ta koalicja będzie sukcesem - komentuje powołanie nowego rządu prezydent Lech Kaczyński.
Bo na pewno dużą szansę daje na to i rozpędzająca się koniunktura gospodarcza, i większość w parlamencie. To jednak wymaga od poszerzonego rządu skupienia wszystkich sił na realizacji programu, a nie wewnętrznych potyczkach. Jak mówi były premier Jerzy Buzek (szkoda, że jego opinii nie podziela Donald Tusk), rządowi trzeba dać szansę. Grunt, by sytuacja nie skończyła się jak w znanym dowcipie o blondynce, gdy nawet po podaniu przez nią prawidłowej odpowiedzi publiczność wciąż skandowała: "Daj jej szansę!". Przy takim zacietrzewieniu trudno będzie dostrzec realne sukcesy tego gabinetu. Bo przecież jeszcze przed wejściem do rządu Giertycha i Leppera nikt nie chce uznać wzrostu gospodarczego za sukces Marcinkiewicza. Bo przecież to wzrost "mimo tego, że rządzi PiS". Gdyby wzrostu nie było, winnych z pewnością szukano by właśnie w rządzie.
Mikołaj Wójcik

"Nasz Dziennik" 2006-05-08

Autor: ab