Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Nie w tym rzecz, ile jest rur

Treść

Z Pawłem Nieradą, ekspertem w obszarze bezpieczeństwa energetycznego, paliw płynnych, LNG, z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Wojciech Kobryń

Załóżmy, że trwa rosyjsko-ukraiński konflikt gazowy, ale po dnie Bałtyku biegnie gazociąg Nord Stream. Czy wówczas dostawy gazu byłyby nieograniczone?
- Z punktu widzenia Polski i tej wschodniej części Unii Europejskiej, która bardziej boleśnie odczuwała skutki kryzysu ukraińsko-rosyjskiego, ten gazociąg w ogóle nic nie zmienia. Tak naprawdę nie chodzi o to, ile jest rur i przez jakie kraje one biegną, ale o to, że lwia część dostaw strategicznych surowca pochodzi z jednego kurka. Kwestią bez znaczenia jest, dlaczego taki kurek może zostać zamknięty (bo jest tych powodów naprawdę dużo: wypadki losowe, ktoś może się pokłócić, czy jak w przypadku rosyjskiej ropy, z dnia na dzień można przerwać tłoczenie z powodu fatalnego stanu technicznego rurociągów). W tym momencie, jeśli bardzo istotna część dostaw tak strategicznego surowca, jakim jest gaz, pochodzi z jednego źródła, a nie ma możliwości zastąpienia tego kierunku dostawami z innej strony, to zaczyna się dramat, którego początki widzieliśmy w styczniu u niektórych naszych sąsiadów. Abstrahując, kto miał rację, konflikt gazowy pomiędzy Naftohazem a Gazpromem był poważnym błędem Rosjan ukazującym, czym grozi ślepe "przywiązanie się" do jednego kurka.
Nord Stream kompletnie niczego nie zmienia, bo jest to tylko kolejna droga z tego samego źródła, podczas gdy wschodnia i środkowa Europa nie ma możliwości zaopatrywania się w gaz gdzieś indziej. Możemy nabyć gaz w Holandii, ale nic z tego nie wyniknie, bo nie ma ona infrastruktury, która pozwoliłaby go dostarczyć i wykorzystać w naszym systemie. Z punktu strategicznego naszego kraju jest to projekt, który nic nie wnosi.

A nie uzależnia Europy od Rosji?
- Ja bym powiedział inaczej. Rosja jest bardzo zainteresowana objęciem pozycji dostawcy uzależniającego. Nie musi być to 100 proc. jak w przypadku Słowacji, natomiast chodzi o to, by zająć na tyle istotną pozycję w bilansie energetycznym, by żaden z partnerów nie był w stanie pozwolić sobie na rezygnację. Rosja jako monopolista może zażądać wygórowanych cen, mówiąc, że jak się nie jest zainteresowanym, to nie trzeba od nich kupować. Cały problem polega na tym, że odbiorca nie może nie kupować, bo jest tak silnie związany z dostawcą. Oprócz kwestii pieniężnej może być to kuszące narzędzie do wykorzystania nie tylko na polu gospodarczym, ale i politycznym.

Dlaczego gazociąg ma iść drogą morską za wszelką cenę?
- Gospodarka niemiecka jest silnie uzależniona od gazu i im tego błękitnego surowca niedługo zabraknie. Popyt będzie przewyższał podaż, dlatego niezbędna jest budowa nowej infrastruktury. Fakt ten powoduje, że do pewnego stopnia desperacko poszukują nowych źródeł dostaw gazu. Drugi fakt to doskonałe relacje z dostawcą rosyjskim. Z punktu widzenia Niemców, surowiec ten zawsze był tańszy, stabilny i przewidywalny. Niemcy nie rozumieją naszych obiekcji co do Rosji, ponieważ oni mają same dobre wspomnienia ze współpracy z tym krajem. Niemcy de facto dostaną ten rurociąg w prezencie. Gazprom zadeklarował się, że go wybuduje. Projekt przewiduje drogę morską, żeby kraje, przez które miałby przebiegać, nie odgrywały istotnej roli. Rosji cały czas się nie udaje przejęcie gazowej kontroli nad Europą. Przy tej jednak okazji wybudują infrastrukturę, która pozwoli zaopatrywać tego istotnego odbiorcę, jakim są Niemcy, z pominięciem naszego kraju, jeśli Polska nie zgodziłaby się na warunki tranzytu oferowane przez Rosję.

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2009-02-06

Autor: wa