Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Nie róbmy z Justyny gwiazdy!

Treść

Rozmowa z Aleksandrem Wierietielnym, trenerem reprezentacji Polski w biegach narciarskich

W 1995 roku doprowadził Pan do mistrzostwa świata w biatlonie Tomasza Sikorę, jedenaście lat później do brązowego medalu olimpijskiego biegaczkę Justynę Kowalczyk. Można te sukcesy porównać?
- Trudno powiedzieć, gdyż oba miały swoją wagę i były bardzo cenne. Sukces Tomasza Sikory był zarazem pierwszym tak dużym osiągnięciem prowadzonego przeze mnie zawodnika i choćby z tej racji wspominam go z ogromnym sentymentem. Niektórzy próbowali ten medal umniejszać, mówiąc, że tamte mistrzostwa świata odbywały się w rok po olimpiadzie, że wielu czołowych zawodników potraktowało je ulgowo. To nieprawda. Tomasz bardzo na złoto zapracował, był rewelacyjnie przygotowany, świetnie strzelał.
A Justyna? Cóż, igrzyska to wyjątkowe zawody, będące dla każdego sportowca jedynym w swoim rodzaju przeżyciem. Odbywają się co cztery lata, tyle czasu trwa okres przygotowawczy, podczas którego praca jest niesamowita. Dlatego - mimo wszystko - medal Justyny cenię trochę wyżej.

Który z tych medali był zatem dla Pana większym zaskoczeniem?
- To także niełatwe pytanie, ale chyba Justyny. Pracowaliśmy na niego w pocie czoła cztery lata, po drodze było wiele wyrzeczeń i poświęceń. Przez cały czas wydawało się nam, że zabraknie nam jednego roku, by zebrać niezbędne doświadczenie, wytrzymałość i szybkość - konieczne, chcąc myśleć o sukcesach. Ale przez cały czas ta nadzieja w nas się tliła, że będzie dobrze, że się uda. To dodawało sił do pracy.
Mistrzostwo Tomasza przyszło trochę łatwiej. Jechał na zawody w wielkiej formie, świetnie dysponowany.

Jedenaście lat temu Sikora przebojem wdarł się do światowej czołówki, wydawało się, że od tej pory będzie jak równy walczył z najlepszymi. Na kolejny podobny sukces czekał jednak długie dziewięć lat [wicemistrzostwo świata - przyp. red.], po jedenastu został wicemistrzem olimpijskim. Czy wówczas, w 1995 r., spodziewał się Pan, że jego kariera tak dziwnie się potoczy?
- Szczerze? Można się było tego spodziewać. Biatlon jest dyscypliną, w której sukcesy przychodzą z wiekiem, z doświadczeniem. Sikora sięgnął po złoto w młodym wieku, to było zaskoczeniem. Potem nastąpił spadek, zastój, były ku temu przyczyny, nie brakowało błędów. Ale na szczęście Tomasz wytrwał, poradził sobie z problemami i bardzo się cieszę, że stanął na wymarzonym olimpijskim podium.
Dziś wszyscy fascynujemy się sukcesami i osobą Adama Małysza, a czyż początek jego dużej kariery nie był podobny? Jako młody chłopak wygrywał już konkursy Pucharu Świata, na igrzyska olimpijskie do Nagano jechał z ogromnymi nadziejami. Skończyło się totalną klapą. Musiało minąć kilka lat, by zaczął fruwać jak nasz polski orzeł.

Sikora jest doskonałym dowodem na to, że w sporcie warto być cierpliwym. Wielu pragnie sukcesów od razu, natychmiast, a czasem trzeba swoje odczekać, czasem dotkliwie przegrać, by zwyciężyć.
- To prawda. Tomasz wykazał się nie tylko wielką cierpliwością, ale też uporem i odwagą. A moim zdaniem o jego medalu przesądził sukces Justyny. Gdy zobaczył, co zrobiła, w jakim stylu dobiegła do podium, uwierzył w siebie. Przekonał się, że stać go na powtórkę. Nie mógł wymyślić sobie lepszego bodźca.

Sikora w Anterselvie, Kowalczyk w Turynie byli w podobnym wieku i na początku wielkiej przygody ze sportem. Co ich łączy, a co dzieli?
- Łączy talent, wielki, na którego fundamencie można budować coś wspaniałego i trwałego. Tomasz jest bardziej spokojny, opanowany, a to cechy niezbędne dla biatlonisty. Justyna jest impulsywna, zadziorna, niecierpliwa, to na pewno ich różni. Oboje mają podobny zapał do pracy - ogromny. Oboje są też bardzo inteligentnymi ludźmi, potrafiącymi nie tylko biegać, dźwigać ciężary, ale i mądrze myśleć.

A przy okazji mają też charakter, który pozwolił przetrwać wiele ciężkich chwil.
- O, tak. Mają charakter, są waleczni, nie odpuszczają, a do tego potrafią skoncentrować się na najważniejszych imprezach. Pamiętajmy też o tym, że przed igrzyskami w Turynie Justyna tylko raz stała na podium Pucharu Świata. Na olimpiadzie zdobyła brąz, wiele bardziej znanych i utytułowanych rywalek obeszło się smakiem.

Co zatem zrobić, by rozwinęła talent na miarę swoich możliwości?
- Trzeba jej stworzyć możliwości do spokojnej i mądrej pracy, nie popędzać, nie żądać. Jak najmniej nacierać na nią z wywiadami, kamerami, aparatami fotograficznymi. Dajmy spokój dziewczynie, nie róbmy z niej gwiazdy - ona naprawdę tego nie lubi. Justyna woli pracować w ciszy, spokoju, samotnie, z dala od zgiełku.

Wierzy Pan, że przed nią jeszcze niejeden medal mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich?
- Oczywiście, że wierzę, nie może być inaczej. Ale nie jest to wiara bez podstaw - Justyna ma wielki talent, nie boi się pracować, jest szalenie sumienna. Postaramy się zrobić wszystko, by z roku na rok jej umiejętności były coraz wyższe, a wyniki lepsze. Ja wiem, że nigdy nie zabraknie jej zapału, zaangażowania, że nigdy nie odpuści. Ma swoje cele, które chce osiągnąć i ku którym konsekwentnie zmierza. Ja mam nadzieję jej w tym pomóc.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz

żródło: "Nasz Dziennik" 2006-04-13

Autor: mj