Przejdź do treści
Przejdź do stopki

"Nie jesteś drugi. Jesteś wielki"

Treść

24 października 1989 roku światowe agencje informacyjne podały tragiczną informację: "Podczas wspinaczki na południowej ścianie Lhotse spadł i poniósł śmierć polski himalaista, Jerzy Kukuczka". Niedługo minie 14 lat od tego wydarzenia, a sławy wybitnego polskiego sportowca nie udało się dotychczas nikomu przesłonić. Zdobywał szczyty na drogach dla innych niedostępnych.
Pisząc o Jerzym Kukuczce, nie sposób nie wspomnieć o Reinholdzie Messnerze, z którym niejako polski alpinista stanął w zawody. Tyrolczyk był pierwszym zdobywcą wszystkich ośmiotysięczników Ziemi. Zanim jednak to osiągnął, trwała rywalizacja pomiędzy tymi dwoma sportowcami.

Polskie drogi
"...Gdy zapytalibyście, czy wierzyłem, że uda mi się wyprzedzić Messnera, moja odpowiedź nie byłaby jednoznaczna. Nie zakładałem z góry przegranej - mówił polski himalaista. - Kiedy jednak na zimno rozważałem moje szanse, dochodziłem do wniosku, że są one jak jeden do stu. Za Messnerem przemawiało wszystko - dotychczasowe osiągnięcia, doświadczenie, wielka klasa, sponsorzy i ekonomiczne możliwości. Myślę, że do wyścigu pchnęła mnie chęć osiągnięcia czegoś, co pozornie wydawało się niemożliwe. Podjąłem się, rzekłbym, sportowego ryzyka. Ale asekuracją były dla mnie właśnie owe polskie drogi. Jeśli już miałem ulec Messnerowi, to nieważne było, czy dobiję do mety drugi, czy dziesiąty. Jeśli nie mogłem być pierwszym zdobywcą himalajskiej korony, to chciałem zostać pierwszym, który pokonał szczyty innymi niż wszyscy drogami" (Jerzy Kukuczka, "Na szczytach świata").
I to się Kukuczce udało, choć konkurentów w tej walce miał wielu. Musiał się spieszyć do końca. Nie był pierwszy na wszystkich ośmiotysięcznikach. Wytyczył jednak nowe trasy.
Kiedy 9 października 1987 roku wrócił z ostatniego ośmiotysięcznika, czekała na niego w domu depesza podpisana przez Reinholda Messnera: "Nie jesteś drugi. Jesteś wielki".

Góral z Istebnej
Nazwisko Kuku czka dziś kojarzone jest z Katowicami, bo tam urodził się i żył Jerzy Kukuczka. Jednak - jak sam często podkreślał - swoimi korzeniami tkwił w Istebnej, gdzie mieszkali wcześniej jego rodzice i gdzie urodził się jego brat. Właśnie tam spędzali dni wolne od pracy i szkolnych obowiązków. Nie dziwi więc fakt, że w góry ciągnęło go od zawsze.
Podczas wakacji z kolegami z tej miejscowości organizował niekończące się "olimpiady", w czasie których skakali wzwyż, biegali i skakali o tyczce. Ulubionym zajęciem młodego Kukuczki było jednak chodzenie po górach. W 1965 roku wraz ze swoim kolegą pojechał w Jurę Krakowsko-Częstochowską do Podlesic. Tam odkrył coś, co zaważyło na całym jego życiu - wspinaczkę. Potem wielokrotnie wracał w skałki.
Po pierwszych doświadczeniach przyszedł czas na Tatry, które były dla niego szkołą wspinaczki. "Moją pierwszą tatrzańską wiktorią było pokonanie klasycznej drogi na Mnichu" - mówił Jerzy Kukuczka. Potem nastąpiła przerwa, gdyż dostał "bilet w jedną stronę" i dwa lata spędził w wojsku. Zaraz po wyjściu, jesienią 1970 roku, zaczął przygotowywać się do zimowego sezonu wspinaczkowego.

Coraz wyżej
Po sukcesach w Tatrach przyszedł czas na góry w Bułgarii, a następnie na włoskie Dolomity. "Marzyły mi się nowe i trudniejsze drogi w coraz to wyższych górach" - tłumaczył Jerzy Kukuczka. Tuż po powrocie z Dolomitów, gdzie nieznani bliżej Polacy pokazali, co potrafią, i m.in. wytyczyli na południowej ścianie Torre Trieste polską drogę, Jerzy Kukuczka wyjechał w wymarzone Alpy. Był to rok 1974. Potem przyszły kolejne wyprawy, zwycięstwa i porażki. Po przyjeździe z wyprawy alaskiej, gdzie zdobył McKinley, plotkowano w środowisku wspinaczkowym, że Kukuczce amputowano nogę. Niektórzy mówili nawet, że zdobywca McKinleya nie nadaje się do wspinaczki w wysokich górach. Nie zapraszano go już na organizowane centralnie wyprawy. On jednak nie dał za wygraną i albo wyjeżdżał z wyprawami z Katowic, albo sam je organizował. Dzięki temu stawał na coraz wyższych szczytach...

Czas na Himalaje
Koniec lat 70. i lata 80. to czas Himalajów. Na początek Kukuczkę spotkała porażka - Nanga Parbat (8125 m) została niezdobyta. Potem jednak przyszły sukcesy: Lhotse (8511 m, 1979) klasyczną drogą (stylem alpejskim, bez tlenu). Później był Mont Everest (8848 m, 1980), ale że Wanda Rutkiewicz już tam była jako pierwsza Polka, Kukuczka zdobył ten szczyt nową drogą. A dalej oprócz zdobywania innych himalajskich szczytów trwał wyścig po ośmiotysięczniki: Makalu (8481 m, 1981) - północno-zachodnią flanką i północną granią (nowa droga, styl alpejski, bez tlenu, pierwsze samotne wejście w Nepalu), Broad Peak (8047 m, 1982) - klasyczną drogą (styl alpejski, bez tlenu), Gasherbum II (8035 m, 1983) - pierwsze wejście wschodnią granią (nowa droga, styl alpejski, bez tlenu), Hidden Peak (8068 m, 1983) - północno-zachodnią granią (nowa droga, styl alpejski, bez tlenu), Dhaulagiri (8167 m, 1985) - klasyczne wejście (pierwsze zimowe wejście, bez tlenu), Cho Oyo (8201 m, 1985) - południową ścianą (nowa droga, zimowe wejście, bez tlenu), Nanga Parbat (1985) - wschodnim filarem (nowa droga, pierwsze wejście, bez tlenu), K-2 (8611 m, 1986) - południową ścianą (nowa droga, styl alpejski, bez tlenu), Manaslu (8156 m, 1986) - północno-wschodnią flanką (nowa droga, styl alpejski, bez tlenu), Annapurna (8091 m, 1987) - od północnej strony (pierwsze zimowe wejście na szczyt, bez tlenu) i Shisha Pangma (8013 m, 1987) - zachodnią granią (nowa droga, styl alpejski, bez tlenu).

Szczęście - dziesiątki małych szczęść
Jeśli ktoś myśli, że te zwycięstwa przychodziły łatwo, jest w wielkim błędzie. Często okupione były wielkim cierpieniem, wysiłkiem, ryzykiem, a nawet śmiercią bliskich. Wystarczy wspomnieć wyprawę na K-2, podczas której zginął Tadeusz Piotrowski, jedyny współtowarzysz wyprawy, z którym kilka minut wcześniej Kukuczka dzielił radość ze zdobycia szczytu, czy wyprawę na Dhaulagiri i śmierć Andrzeja Czoka.
Wspinaczka dawała jednak Kukuczce szczęście, była wielkim wyzwaniem, z którym niejako musiał się mierzyć. Żeby nie być gołosłownym, oddajmy na chwilę głos samemu Kukuczce, który mówił po wyprawie na "najwspanialszą górę świata" (K-2 - tak nazwała go Wanda Rutkiewicz): "W momencie gdy staje się na wierzchołku, nie ma wybuchu szczęścia. Czasem dopiero po sześćdziesięciu dniach oblężenia jesteś na górze. Doczekałeś się uwieńczenia. Ale wtedy właśnie myśli uciekają już naprzód, ku następnemu celowi - bezpiecznemu zejściu, ciepłemu śpiworowi, kropli czegoś do picia. Czy to znaczy, że szczęścia nie ma? Przeżywa się je wtedy, gdy wszystko pozostaje jeszcze przed tobą, kiedy wiesz, że do celu masz jeszcze kilkaset, kilkanaście metrów, gdy jesteś tuż przed. To właśnie jest czas szczęścia... Gór nie można traktować jak zdobyczy. Bardziej pasuje do nich miano "Wielkiej Łaskawości", która dopuszcza nas do siebie lub nie. Mówiłem o zdobyciu szczytu, a przecież szczęście w górach składa się z dziesiątków małych szczęść, przeżywanych wiele razy w ciągu dnia. Pokonanie skalnego progu, wspaniała panorama przy bezchmurnym niebie, gorący posiłek w zacisznym namiocie, udany powrót do bazy, lawina, która przeszła bokiem. Kiedy jestem już na dole, spoglądam na górę i myślę sobie: Byłem tam. Czuję wtedy radość i ogarnia mnie spokój. Może jednak znacznie mocniej przeżywa się brak szczęścia? Właśnie wtedy, gdy człowiek spogląda na wierzchołek, który go pokonał?".

Tak dobrze szło...
Jerzy Kukuczka - wielki alpinista, po zdobyciu ośmiotysięczników nie zakończył wspinaczki, nie powiedział: zdobyłem już wszystko... Chciał wciąż poznawać góry, przeżywać je, po prostu być z nimi... Bardzo lubił być tam wysoko sam, bo wtedy mógł kontemplować Boga. Wielokrotnie podkreślał, że modlitwa wysoko w górach w obliczu potęgi Stwórcy jest łatwiejsza.
U szczytu sławy, w 1989 roku, wyruszył pod Lhotse, największą i najniebezpieczniejszą z himalajskich ścian, która od lat opierała się atakom wspinaczy. Wtedy podczas pożegnania na warszawskim Okęciu Andrzej Zawada zapytał Kukuczkę: "Zdobyłeś w Himalajach już prawie wszystko. Czy nie czas już skończyć?". Odpowiedź Kukuczki była następująca: "Dlaczego mam kończyć, kiedy tak dobrze idzie?". I wtedy właśnie przyszła śmierć.
Kukuczka miał wówczas 41 lat. Był jednym z najpopularniejszych ludzi w Polsce. Wielu zazdrościło mu sławy. Do dziś jego nazwisko kojarzone jest bezbłędnie ze wspinaczką. A ci, którzy choć trochę znają jego wyczyny, wiedzą, jak wytrwały, uparty i silny psychicznie był to człowiek. Wielki sportowiec. Człowiek gór.
Mieczysław Pabis

Na podstawie: "Na szczytach świata. Jerzy Kukuczka"
Nasz Dziennik 21-09-2003

Autor: DW