Nie będzie ratyfikacji?
Treść
Zwolennicy traktatu lizbońskiego grożą Czechom, Irlandii i Polsce utratą miejsca w Komisji Europejskiej, jeżeli kraje te odmówią jego ratyfikacji. Szef czeskiej dyplomacji Karel Schwarzenberg obawia się, że Czesi jako pierwsi utracą komisarza w Komisji Europejskiej. Tymczasem premier Szwecji Fredrik Reinfeldt, sprawujący obecnie prezydencję we wspólnocie, stwierdził, że "jeżeli będzie 'nie', pozostaniemy przy traktacie nicejskim", a głos sprzeciwu zostanie uszanowany. Według wstępnych szacunków kampania na "tak" w Irlandii będzie kosztowała zwolenników traktatu blisko 10 mln euro.
- Republika Czech prawdopodobnie nie będzie miała swojego przedstawiciela w Komisji Europejskiej, jeżeli do połowy października nie ratyfikuje traktatu lizbońskiego bądź nie wyznaczy konkretnego terminu jego ratyfikacji - oświadczył podczas niedzielnej debaty telewizyjnej Jirzi Paroubek, przewodniczący czeskich socjaldemokratów (CSSD). Jednocześnie wezwał Obywatelską Partię Demokratyczną (ODS) do "zajęcia odpowiedzialnego stanowiska i zapobieżenia dalszemu blokowaniu procesu ratyfikacyjnego". W identycznej sytuacji, jeśli chodzi o naciski unijnych oficjeli, znajduje się Irlandia. - To nie jest jedyny sposób szantażowania, z jakim Irlandia spotkała się ze strony władz unijnych. Codziennie karmi się nas straszliwymi wizjami tego, co nastąpi, jeżeli traktat lizboński nie zostanie podpisany - stwierdza Kathy Sinnott, była irlandzka eurodeputowana. - Cenę utraty komisarza mogą zapłacić kraje niepokorne, które wstrzymywały się z ratyfikacją traktatu, w tym także Polska - ocenił Ryszard Czarnecki, poseł do Parlamentu Europejskiego. - Były już takie wypowiedzi niektórych polityków mówiące, że Polska to miejsce straci, co jest oczywiście niedopuszczalne, ale pewne nastroje oddaje - dodał. Interesujące, że unijni "bojownicy o Lizbonę" nie szturmują Niemiec, które traktatu nadal nie ratyfikowały. Warto w tym momencie zwrócić uwagę, że rzeczywistym powodem, dla którego Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Włochy usiłują przeforsować zapisy z Lizbony - na co zwrócił uwagę również Ryszard Czarnecki - jest zredukowanie liczby unijnych komisarzy i zwiększenie roli decyzyjnej tych właśnie krajów. - Ludzie nie czytali traktatu reformującego, nie zrozumieli z niego ani słowa. Żadna rzeczywista debata nad tym dokumentem nie jest możliwa. Była to przemyślana decyzja Rady Europejskiej - tłumaczył Karel de Gucht, były minister spraw zagranicznych Belgii, który zastąpił na stanowisku komisarza ds. rozwoju Louisa Michela.
Zostaniemy przy Nicei?
- Jeżeli będzie "nie", pozostaniemy przy traktacie nicejskim - stwierdził premier Szwecji Fredrik Reinfeldt, podkreślając, iż istnieje głębokie poszanowanie dla procesów politycznych i demokracji. - Również w innych krajach mamy głosy na "nie". Ważne jest, ażeby widać było na każdym kroku, że Unia Europejska jest nastawiona na to, aby słuchać - tłumaczył, wypowiadając się w zupełnie innym tonie niż większość zwolenników traktatu. Szwedzka prezydencja poinformowała, że nowa Komisja Europejska zostanie powołana zgodnie z zapisami traktatu nicejskiego.
Wszystko zatem wskazuje na to, iż mimo zmasowanej kampanii na rzecz federalizacji nadzieje na stworzenie ogólnoeuropejskiego państwa nie doczekają się spełnienia ze względu na sprzeciw Czechów i Irlandczyków, których stanowisko - mimo życzeń zwolenników traktatu lizbońskiego - zostanie uszanowane. - Tak powinno się stać i tak się stanie - ocenił czeski eurodeputowany Hynek Fajmon (ODS), podkreślając, iż zgodnie z ogólnie przyjętym prawem głos irlandzkiego społeczeństwa musi być respektowany. - Dla Europy byłoby bardzo źle, gdyby stało się inaczej. Nikt nie może nas karać tylko dlatego, że mamy inne poglądy - skonstatował. Nie chciał jednak spekulować, czy prezydent Vaclav Klaus zdecyduje się na podpisanie dokumentów ratyfikacyjnych. - Wydaje mi się, że raczej nie ratyfikuje traktatu i to niezależnie od tego, jaki będzie wynik referendum w Irlandii - ocenił.
Tymczasem do irlandzkiej kampanii na "tak" przyłączyło się Stowarzyszenie Drobnych Przedsiębiorstw, którego przewodniczący dr Aidan O'Boyle powiedział, że "Irlandia musi być w centrum Europy". Trudno jednakże stwierdzić, czy głos przewodniczącego rzeczywiście reprezentuje 684 stowarzyszone firmy.
- Według wstępnych wyliczeń zwolennicy traktatu reformującego wydadzą na prowadzoną przez siebie kampanię ok. 10 mln euro - powiedziała Sinnott. Przeciwnicy traktatu nie dysponują wprawdzie takimi sumami, jednakże liczą na opór społeczeństwa, które czuje się coraz bardziej nękane prolizbońską propagandą. - Ludzie czują się oszukiwani - skonstatowała Sinnott.
Anna Wiejak
"Nasz Dziennik" 2009-09-08
Autor: wa