Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Nie będzie drugiego frontu

Treść

Z Magedem Sahly, palestyńskim dziennikarzem pracującym w Polsce, rozmawia Anna Wiejak

Izrael twierdzi, że agresja na Strefę Gazy to wojna prewencyjna.
- Izrael zawsze motywował agresję zarówno wobec narodu palestyńskiego, jak i innych krajów arabskich potrzebą obrony własnych obywateli. Utrzymywał, że jest to wojna defensywna, a nie ofensywna, wojna z ruchem oporu. Nasz naród jest na celowniku Izraela od powstania tego państwa do dziś. Ta propaganda nie jest zatem niczym nowym. Nawet w trakcie tzw. rozejmu, który obowiązywał do momentu rozpoczęcia przez Izrael ofensywy, zawieszenie broni nie było przestrzegane. Przez cały czas trwania tego tzw. rozejmu zginęło ponad 500 Palestyńczyków, w tym ponad 380 w samej Gazie.
Według danych izraelskiego wojska, do wczoraj zabito 130 bojowników palestyńskich, a wiemy, że liczba ofiar już przekroczyła 570 osób. Czy wojsko prowadzące wojnę prewencyjną zabija 440 niewinnych ludzi, w tym ponad 100 dzieci, bombarduje szkoły ONZ, meczety i szpitale? Zastanawiam się, co by było, gdyby - nie daj, Boże - jakieś obce wojsko zabiło 500, a nie 50 Polaków, jaka by była reakcja rządu i Narodu Polskiego. Czy takie mordy można uznać za wojnę defensywną?

Jakie są, Pana zdaniem, długofalowe cele Izraela?
- Zauważmy, że ta wojna wybuchła na miesiąc przed wyborami w Izraelu. Według różnych ośrodków badania opinii publicznej, miał je wygrać Likud, przeciwnik Partii Pracy i Kadimy. Przywódcy dwóch ostatnich ugrupowań postanowili zwiększyć swoje szanse w wyborach poprzez wojnę. Obywatel izraelski, który pójdzie do wyborczej urny, wybierze tę opcję, co do której będzie uważał, że zapewni mu "pokój i bezpieczeństwo". Zarówno Partia Pracy, jak i Kadima chcą udowodnić obywatelowi izraelskiemu, że dążąc do wspomnianego celu, są gotowi poświęcić tysiące Palestyńczyków. Jednocześnie Izrael poprzez tę wojnę dowodzi Organizacji Wyzwolenia Palestyny i władzom Autonomii Palestyńskiej, iż nie kontrolują sytuacji. Tu nie chodzi o zniszczenie Hamasu, ale jego polityczne osłabienie oraz pokazanie światu, że OWP nie posiada kontroli nad Palestyną, w związku z czym Izrael nie może zawrzeć pokoju z Palestyńczykami.

Twierdzi Pan, że prowadzone przez ostatni rok negocjacje pokojowe były grą na zwłokę, podczas której Izrael przygotowywał operację?
- Izrael od momentu śmierci Icchaka Rabina nie był i nie jest gotowy na zawarcie żadnego układu pokojowego z Palestyńczykami. Izrael przez cały czas jest nastawiony na walkę, ponieważ jest to państwo, które żyje wojną. 90 proc. jego przywódców to generałowie, którzy nigdy nie myśleli o pokoju. To są generałowie armii izraelskiej, którzy przekwalifikowali się i zostali politykami. Czy będą oni w stanie zawrzeć pokój? Nie sądzę.
W obecnej sytuacji każde zawieszenie broni jest dobre, ponieważ pozwala na oszczędzenie cywilów oraz infrastruktury. Jeżeli Izrael chce powstrzymania rakiet palestyńskich, niech także wstrzyma działania militarne. Zauważmy, że w wyniku palestyńskiego ostrzału zginęło zaledwie kilka osób - rakiety Hamasu są amatorskie: kawał rury i około jednego kilograma trotylu, eksplozja takiej rakiety robi dołki w ziemi na dwa uderzenia łopatką - natomiast propaganda izraelska wyolbrzymiała tę sprawę do monstrualnych wprost rozmiarów, jakby spadały one na miasta izraelskie i niszczyły wszystko. Straty materialne spowodowane przez palestyńskie rakiety mieszczą się w kilkudziesięciu tysiącach euro. Są zatem nieporównywalne do zniszczeń dokonanych przez Izrael, który w ciągu jednego dnia zabijał ponad 200 Palestyńczyków i zniszczył całą Gazę. Hamas tak naprawdę nie jest potęgą militarną. Wszystkie jego działania są prowizoryczne, oparte na własnej pomysłowości.

Jak odczytywać oświadczenia przywódców Hezbollahu i ostatni incydent na pograniczu? Czy należy spodziewać się otwarcia drugiego frontu?
- Moim zdaniem, rakiety, które spadły w nocy z południowego Libanu na Izrael, nie są dziełem Hezbollahu. Nie wiem dokładnie, kto je odpalił, ale sądzę, że to jedna z palestyńskich frakcji. Hezbollah też ma swoje plany, ma swoje agendy i układy lokalne i regionalne. Hezbollah nie ma ani chęci, ani politycznej decyzji, aby doprowadzić do otwarcia drugiego frontu.

Jakie, Pana zdaniem, będzie stanowisko nowej administracji USA wobec tego konfliktu?
- Na pewno nie gorsze niż ustępującej administracji George'a W. Busha. Biorąc pod uwagę, że administracja Baracka Obamy jest oparta głównie na doradcach i współpracownikach Billa Clintona, należy się spodziewać, iż będzie ona bardziej krytyczna wobec Izraela niż obecna.

Jakiego rozwoju wydarzeń należy się według Pana spodziewać w najbliższym czasie?
- Sądzę, że w ciągu tygodnia, najwyżej dziesięciu dni, nastąpi zawieszenie broni. Izrael będzie kontrolował północną i wschodnią część Strefy Gazy, aby uniemożliwić wystrzeliwanie rakiet. Będzie się tym samym starał udowodnić, że jest w stanie kontrolować te granice i "chronić obywateli". Z drugiej strony Hamas powróci do swojej pozycji, a Egipt może trochę złagodzi blokadę Rafah i pozwoli na zwiększenie pomocy humanitarnej ze Strefy Gazy. Natomiast nie należy się spodziewać żadnych radykalnych kroków, nawet w przyszłym roku.

Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2009-01-09

Autor: wa