Niczym motyl w locie
Treść
Rozmowa z Markiem Kolbowiczem, mistrzem świata w wioślarskiej czwórce podwójnej
Gdyby tuż po igrzyskach w Atenach ktoś podszedł do Pana i powiedział: spokojnie, karta się odwróci, kolejne trzy lata przyniosą trzy złote medale mistrzostw świata - uwierzyłby Pan?
- Gdyby mocno przekonywał, to dlaczego nie? (śmiech) Wiedzieliśmy, kto w naszej osadzie jest siłą, kto ją rozkręca, i to się potwierdziło. Mimo to rok poolimpijski postanowiliśmy potraktować jako swoistą sondę, czy się jeszcze nadajemy do sportu, czy już powinniśmy zejść ze sceny. Oczywiście nikt do nas nie podszedł i nie próbował nawet w ten sposób pocieszać. Byłoby to bowiem nielogiczne, niemądre. Może gdybym miał w Atenach 22 lata i perspektywę kolejnych dwóch igrzysk przed sobą... Ale przecież skończyłem już 33 lata, musiałem poważnie zastanawiać się, co dalej. Mimo to już półtorej godziny po biegu poszliśmy z Adamem nad morze ocucić się - potrzebowaliśmy jakiegoś pocieszenia, orzeźwienia po nokaucie, jaki nas spotkał. Wtedy postanowiliśmy, że nie zrezygnujemy, że raz jeszcze staniemy do walki. W nieco jednak zmienionym składzie - to była podstawa. Wiedzieliśmy dobrze, że cały czas prezentujemy niezły poziom, acz to nie było to. Chcieliśmy dążyć do czegoś, co będzie lepsze.
Ale przyznam szczerze - długo myślałem, że na mistrzostwa do Japonii pojedziemy głównie, by zobaczyć fajny i ciekawy kraj.
Skąd więc zrodził się złoty medal?
- Z konsekwencji. Mimo takich, a nie innych nastrojów nigdy nie przestałem poważnie traktować swych obowiązków. Jak już trenowałem, to całym sobą i na pełnych obrotach. Było dla nas jasne, że skoro już się zakwalifikowaliśmy na mistrzostwa, to musimy zrobić wszystko, aby popłynąć na nich jak najszybciej. Do tego doszła atmosfera w osadzie - bardzo dobra. Gorzej było wokół niej, ale to nas dodatkowo motywowało. Wiemy, że zmiany w składzie nie wszystkim się spodobały, jedna z nich była bardzo "niepolityczna". Długo nikt się za nami nie wstawiał, nie bronił nas. Gdyby nam się w Japonii noga powinęła, cała odpowiedzialność zostałaby zrzucona na starszych zawodników i trenera. Teraz wszyscy nas klepią po plecach, ojców sukcesów jest całe mnóstwo. Trzy lata temu było nieco inaczej...
Jak długo pływaliście razem - w obecnym już składzie - przed Japonią?
- Cztery miesiące.
Oznacza to, że tylko tyle czasu potrzeba, by zbudować mistrzowską osadę?
- Pod warunkiem, że jest fajny kolektyw uzupełniony przez trenera, który jest słuchany, a przy okazji potrafi słuchać zawodników. My to szczęście mamy. Pewnie dlatego wystarczyło nam te kilka miesięcy ciężkiej, ale zarazem inteligentnej i mądrej pracy. Wioślarstwo jest bardzo zespołowym sportem, nie ma w nim miejsca dla indywidualistów, zawodników uważających się za lepszych od innych. Tylko wspólnie można myśleć o sukcesach.
Minęły trzy lata i dziś macie na koncie trzy złote medale mistrzostw świata, bijecie rekordy, Międzynarodowa Federacja Wioślarska uznała Was przed rokiem za najlepszą osadę świata. Gdzie tkwi tego tajemnica?
- Raz - na osadzie panuje totalna dyktatura. Dwa - zawodnicy, którzy na początku nie rozumieli, o co chodzi - patrz "Jeleń" i "Kondzio" - już po miesiącu wspólnej pracy zorientowali się, że wioślarstwo polega na czymś zupełnie innym, niż dotąd sądzili: że bieg można rozprowadzać całkiem inaczej i inaczej czuć się po skończonych wyścigach. Myślę, że obróciliśmy im wioślarstwo o 180 stopni. I jest jeszcze rytm wiosłowania, nasza najmocniejsza broń. Jestem na niego uczulony i z pełną premedytacją go egzekwuję. Co jeszcze? Pokora. Ludzie mogą mówić, że cudownie pływamy, a ja wiem, że jesteśmy wciąż dalecy od ideału. Owszem, jest nieźle, ale mamy tyle mankamentów, że po treningach nieraz boli mnie głowa. Klucz do sukcesu to także przygotowanie fizyczne. W Monachium czuliśmy się po prostu fantastycznie, optymalnie pod każdym względem.
Kiedy rok temu FISA wybierała Was na najlepszą osadę świata, przyznała jednak, że pływacie nie tylko szybko, ale i pięknie...
- ...co oznacza, że sami jesteśmy wobec siebie największymi krytykami. (śmiech) I dobrze. Już na poważnie jednak: myślę, że chodziło o to, iż nasze wiosłowanie wygląda tak, jakbyśmy w ogóle się nie męczyli. Wręcz frunęli, a nie przykładali maksimum siły na każdym chwycie, a jest ich 220-240 w ciągu dwóch kilometrów. U nas nie widać tej siły, mocy - można dostrzec za to płynność jazdy. Kiedyś we Włoszech ktoś porównał nas do lecącego motyla.
Presja ma na Was jakiś wpływ? Stanowicie bowiem team, od którego nie tylko zawsze wymaga się samych zwycięstw, ale i który... zawsze wygrywa.
- Nie, nie, przecież nie mamy nic do stracenia. Presję to mogła w niedzielę odczuwać Jelena Isinbajewa, która gdyby nie wygrała mityngu w Berlinie, to straciłaby pół miliona dolarów. My takich problemów nie mamy. Chociaż stres - owszem. Na przykład w półfinale mistrzostw świata czuliśmy spory dreszczyk emocji, bo gra szła o olimpijskie kwalifikacje. Gdy już wywalczyliśmy awans do finału, a co za tym idzie - paszporty do Pekinu, całe napięcie opadło. Wiemy też, na co nas stać. Na treningach w Wałczu potrafiliśmy płynąć szybciej od rekordu świata. Ale tam ryzykowaliśmy, że nie dopłyniemy do mety i staniemy. Na regatach nie możemy sobie na to pozwolić, ale czujemy rezerwy, dzięki którym w ważnych momentach możemy dać z siebie jeszcze więcej.
Wioślarstwo to Pana pasja, sposób na życie?
- Normalna praca. Może dawniej była pasją, teraz jest zawodem. Idę na trening niczym etatowy pracownik, robię wszystko to, co do mnie należy, myśląc o każdym najdrobniejszym szczególe. Mistrzostwa świata są pewnego rodzaju rozmową o podniesienie kwalifikacji czy szansą na wskoczenie na wyższe stanowisko. Po trzech złotych medalach jestem już dość wysoko, ale marzy mi się prezesura. Do niej jednak potrzeba podium olimpijskiego.
Który z trzech mistrzowskich tytułów ma dla Pana największe znaczenie?
- Myślę, że ten pierwszy, z Japonii.
Zamieniłby je Pan na jeden krążek olimpijski?
- Te trzy plus wcześniejsze trzy medale za jeden brąz igrzysk! Bez zastanowienia. Ale wierzę, że jeśli będziemy mądrze pracować i mieć przy okazji odrobinę szczęścia, to marzenie się spełni.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2007-09-19
Autor: wa