Naszą siłą był zespół
Treść
Rozmowa z Damianem Wleklakiem, reprezentantem Polski w piłce ręcznej, wicemistrzem świata
Czy piłka ręczna to piękny sport?
- Najlepszą odpowiedzią niech będą tłumy kibiców, które przychodziły w Niemczech oglądać wszystkie mecze mistrzostw świata. Niech odpowiedzą tłumy, które przyszły nas przywitać po powrocie do Polski. Tak, to piękny sport. Ta cała zmiana sytuacji w ciągu meczu, agresja, dynamika, walka są niesamowite. Niczego nie można być pewnym do samego końca, do ostatnich sekund.
Dlaczego w takim razie przez tyle lat znajdowała się w Polsce w głębokim cieniu innych gier zespołowych - piłki nożnej, siatkówki czy koszykówki?
- Bo nikt o nią nie dbał. Proszę zobaczyć, ile osób pracowało nad rozwojem siatkówki. Cały sztab działaczy, menedżerów, różnych fachowców. Dziś mecze są wspaniałymi widowiskami, mają kapitalną oprawę, kibice przychodzą na trybuny nie tylko po to, by oglądać sportową rywalizację, ale i po prostu dobrze się bawić. U nas przez lata panował marazm, tylko wąskie grono starało się jakoś tę dyscyplinę podźwignąć.
Mimo to udało się zbudować zespół, który zdobył serca wszystkich kibiców i nie tylko. Kiedy Pan uwierzył, że ta drużyna może zajść daleko, bardzo daleko?
- Wiara była w nas już od samego początku, od pierwszych spotkań z trenerami i kolegami z kadry. Bogdan Wenta wprowadził zupełnie inny system pracy, zupełnie inne relacje między ludźmi. Zaczął nas zmieniać mentalnie, a my uwierzyliśmy, że jesteśmy w stanie pokonać każdego rywala. Na towarzyskich turniejach wygrywaliśmy z przeciwnikami, którzy dotychczas wydawali się być poza naszym zasięgiem. Owszem, nie udał nam się występ na mistrzostwach Europy w Szwajcarii, ale nie zeszliśmy z obranej drogi. Wiedzieliśmy bowiem, że idziemy w dobrym kierunku.
Co pomogło w pokonaniu dotychczasowych barier - nowa taktyka czy zmiana mentalności?
- I jedno, i drugie. U trenera Wenty równie ważny jest trening taktyczny, co właśnie mentalny. Trener już na początku powiedział nam, że będziemy pracowali zarówno nad ustawieniem zespołu na parkiecie, jak i ustawieniem psychiki. Wszystko po to, abyśmy nie tylko uwierzyli, że możemy walczyć z każdym, ale i żebyśmy go pokonali.
Jaki wynik przyjąłby Pan za sukces jeszcze przed wyjazdem na mistrzostwa?
- Trudne pytanie. Jechaliśmy pozytywnie nastawieni, wiedzieliśmy bowiem, że jesteśmy bardzo dobrze przygotowani. Nikt jednak nie zajmował się prognozowaniem wyników. Chcieliśmy po prostu każdy mecz zagrać jak najlepiej i go wygrać. Pewnie każdy po cichu marzył o medalu, ale chyba się nie spodziewał, że będzie aż tak fantastycznie.
Co wyjątkowego ma w sobie polski zespół?
- To, że jest zespołem. Nie ma w nim podziałów, gwiazd, każdy jest na wagę złota.
Zawsze powtarzacie, że wygrywacie i przegrywacie razem.
- I to chyba widać. W jednym meczu ktoś grał fenomenalnie, w drugim mu nie szło. Wówczas jednak zastępował go kolega z ławki i podrywał drużynę do walki. U nas nie jest ważne, czy ktoś gra na co dzień w Bundeslidze, czy lidze polskiej. Tworzymy jedność. Najlepiej pokazał to pojedynek z Francją. Gdy przegraliśmy, siedliśmy razem. Owszem, bardzo przeżyliśmy niepowodzenie, ale zaraz powiedzieliśmy sobie: trudno, ten mecz nam nie wyszedł, ale musimy się podnieść, bo przed nami kolejne.
I to jest mały paradoks - rozegraliście na mistrzostwach wiele kapitalnych meczów, ale często przyznajecie, że najważniejszy był ten najgorszy, z Francją.
- Bo był przełomowy. Każdy był ciekaw, czy się podniesiemy, czy pokażemy charakter. Największą sztuką jest bowiem nie tylko wyciągnąć naukę z porażki, ale i szybko się odbudować. Zapomnieć o niepowodzeniu, zmęczeniu i następnego dnia przystąpić do kolejnego spotkania na sto procent i z wiarą w siebie.
Podnieśliście sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Wicemistrz świata to jest ktoś i nie wypada mu zejść poniżej pewnego poziomu. Presja i oczekiwania będą dużo większe. Jesteście na nie gotowi?
- I teraz się okaże, na ile jesteśmy silni psychicznie. Jeśli ktoś pomyśli, że jest super, że osiągnął już wiele - może odejść. Musimy postawić przed sobą nowe cele oraz nowe wyzwania i do nich dążyć. Wiemy, że spoczywa na nas większa odpowiedzialność. Ale wierzę, że jej podołamy. Jesteśmy bowiem zespołem z charakterem! Powiem więcej - możemy grać lepiej, wciąż się rozwijać i przez dłuższy czas grać na wysokim poziomie. Stać nas na to.
Przywiózł Pan na pewno wiele wspaniałych wspomnień z Niemczech, jest wśród nich jakieś szczególne?
- Pobyt w szatni po odebraniu medali. Gdy puściła złość po przegranym finale, wszyscy uświadomiliśmy sobie, że dokonaliśmy czegoś wielkiego.
Co dalej? Marzeniem musi być olimpiada w Pekinie?
- I jest. To cel, od którego rozpoczynaliśmy pracę w kadrze. Cały czas do niego dążymy, ale droga jeszcze daleka. Przed nami eliminacje mistrzostw Europy, potem mistrzostwa i olimpijskie kwalifikacje. Wierzę, że nam się uda.
Być może kwalifikacje nie będą wcale potrzebne?
- No tak, jak zostaniemy mistrzami Europy (śmiech). Kto wie?!
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2007-02-10
Autor: wa