Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Najemnicy na wojnie

Treść

Gdy światowe media przekazują wiadomości o zaciętych walkach w Iraku, mało kto informuje opinię publiczną, że obok wojsk USA walczy tam mniej więcej 20-tysięczna armia najemników, byłych żołnierzy sił specjalnych, będących obecnie na usługach wielkich firm ochroniarskich. Choć ich usługi nie są tanie, bo ich dzienne wynagrodzenie waha się od 1000 do 2000 USD, to jednak dla polityków, zwłaszcza amerykańskich, ich krew jest bardzo "tania". Mianowicie największą "zaletą" byłych żołnierzy sił specjalnych oprócz gruntownego wyszkolenia jest to, że kiedy giną... nie psują oficjalnych statystyk regularnych armii.
Najemnymi ochroniarzami byli czterej zabici niespełna dwa tygodnie temu w Faludży "amerykańscy cywile", nad których ciałami pastwił się tłum Irakijczyków, jak też ofiary piątkowego ataku na amerykański konwój zaopatrzeniowy. W ubiegłym tygodniu zaginęło także 7 najemników chroniących transporty amerykańskiej firmy naftowej Halliburton, z którą związany jest wiceprezydent USA Dick Cheney.
To dzięki najemnikom wielkie międzynarodowe firmy ochroniarskie zarabiają w skali roku ponad 100 miliardów USD. Obecnie w Iraku działa 25 koncernów ochroniarskich. Zatrudniają one około 20 tysięcy byłych komandosów z USA, Wielkiej Brytanii, Południowej Afryki, Ukrainy i Izraela. Są oni wynajmowani do szkolenia nowej irackiej policji, ochrony ważnych obiektów i urządzeń. Chronią również polityków, dyplomatów, dziennikarzy i pracowników zagranicznych firm. Ich działalność odciąża w dużym stopniu regularne oddziały wojskowe sił koalicyjnych.
Nie stosując się ani do regulaminu wojskowego, ani irackiego prawa, którego przestrzegania i tak nie można od nich w praktyce wyegzekwować, mogą wypełniać te zadania, które z politycznego i wojskowego punktu widzenia były dla regularnych oddziałów wojskowych zbyt ryzykowne.
Amerykańska gazeta "The Washington Post" pisała niedawno, że ta prywatna armia już wkrótce będzie liczyła 30 tys. ludzi, podczas gdy według niedawnych założeń liczba regularnych wojsk amerykańskich (obecnie ok. 160 tys.) miała być zmniejszona po 30 czerwca. Obecnie - w związku z powstaniem w Iraku - plany te oczywiście stoją pod znakiem zapytania. Według "WP", obecność tak wielu najemników w strefie objętej działaniami wojennymi jest bezprecedensowa w historii USA.
Jak przyznają amerykańscy wojskowi, zapotrzebowanie na usługi byłych komandosów jest konsekwencją walk partyzantów, z powodu których regularna armia nie jest w stanie zapewnić ochrony wielu obiektów i transportów.
Przeciętnie wyszkolenie komandosa kosztuje armię 250 tysięcy USD. Kiedy odchodzą z wojska do prywatnych firm ochroniarskich, traci na tym armia, która i tak musi ich potem znowu zatrudnić poprzez prywatną firmę. Jednak w sytuacji, gdy rządy mają coraz więcej problemów z wysyłaniem wojsk do udziału w niepopularnych konfliktach zbrojnych, wynajmowanie wielkich firm ochroniarskich do realizowania swych militarnych i politycznych celów może się okazać rozwiązaniem, po które będą sięgać coraz częściej rządy wielu krajów.
Do podobnego rozwiązania uciekł się rząd RPA, angażując w latach 1993-1995 ponad 500 najemników, którzy przy pomocy kilku samolotów i helikopterów bojowych pomogli regularnej armii Angoli zwalczać 50-tysięczną armię partyzantów z UNITA. W latach 1995-1996 rząd Sri Lanki za 1,5 mln USD wynajął grupę komandosów, która walczyła z 10-tysięczną armią Tamilskich Tygrysów. Pojawiają się też coraz częściej głosy, by na podobnych zasadach wynajmować najemników do misji pokojowych ONZ, ponieważ coraz mniej krajów jest w stanie ponosić ekonomiczne i polityczne koszty takich misji.
Przeciwko takim rozwiązaniom przemawiają jednak inne względy. Tworzenie wielkich międzynarodowych firm i organizacji paramilitarnych, których działanie opiera się wyłącznie na rachunku ekonomicznym, może stworzyć zagrożenie dla małych i słabych militarnie krajów, które jeszcze łatwiej niż obecnie mogą paść ofiarą wielkich korporacji i koncernów. Pospolite przestępstwa dokonywane przez najemników podczas takich akcji są - jak pokazały to przykłady z Bośni w 1998 r. - łatwo ukrywane przez ich pracodawców.
Krzysztof Niewola, Vancouver



Najemnicza patologia
Wyręczanie się przez okupantów najemnymi siłami bezpieczeństwa nie jest niczym nadzwyczajnym, ponieważ korzyści wynikające z zatrudniania przez wojsko "pracowników cywilnych" są bezdyskusyjne. Jednak w przypadku wojny z Irakiem nowością jest to, że są oni zatrudniani na ogromną skalę.
Praktycznie nieskrępowani żadnym prawem, wojskową dyscypliną, a także nader często normami moralnymi, mogą stać się bardziej niebezpieczni dla państw, w których działają, niż regularne armie okupacyjne. Państwa pozbawione silnej władzy politycznej i silnej armii wystawione na pastwę prywatnych "ochroniarzy" mogą szybko stać się własnością wielkich koncernów, których dochody nierzadko przekraczają dochody państw, na terenie których działają. W takiej sytuacji szybko może się okazać, że zagrożenie spowodowane tą formą zatrudnienia może niewspółmiernie przewyższyć ewentualne korzyści.
KWM
Nasz Dziennik 14-04-2004

Autor: DW