Mordowali z zimną krwią
Treść
Wczoraj we wsi Sobótka (woj. podlaskie) odbyły się uroczystości upamiętniające zamordowanie w kwietniu 1944 roku przez komunistycznych partyzantów siedmiorga mieszkańców tej miejscowości.
Uroczystości, zorganizowane przez Regionalny Komitet Obrony Narodowej oraz Komendę Hufca ZHP w Bielsku Podlaskim, rozpoczęła Msza Święta polowa odprawiona w intencji ofiar komunistycznych zbrodni. - Niech pamięć o tych, którzy tu oddali życie za Polskę, skłania nas do większej troski o jej dzisiejszy stan - mówił podczas homilii ksiądz Tadeusz Kryński, proboszcz parafii pw. Matki Bożej z Góry Karmel w Bielsku Podlaskim.
Następnie odsłonięto i poświęcono tablicę pamiątkową, na której umieszczono napis: "Pamięci 7 Polaków zamordowanych 7 kwietnia 1944 roku w Wielki Czwartek podczas napadu na wieś Sobótka przez sowiecki oddział partyzancki im. Feliksa Dzierżyńskiego". Na tablicy podane są również nazwiska zamordowanych osób.
W uroczystościach wzięli udział harcerze, mieszkańcy wsi, przedstawiciele IPN oraz władz samorządowych i wojewódzkich. Specjalnie na tę chwilę przybył z USA major Zygmunt Błażejewicz ps. "Zygmunt", dowódca 1. Szwadronu V Wileńskiej Brygady AK, która operowała na tym terenie. Obecna była również pani Julia Drewnowska - jedyna osoba, która ocalała z mordu popełnionego przez Sowietów na jej rodzinie. - Miałam wówczas 15 lat. Najpierw walili do drzwi, kiedy otworzyliśmy, nic nie mówili, tylko od razu zaczęli do nas strzelać. Zabili wszystkich oprócz mnie. Ja leżałam w łóżku, schowana pod pierzyną, jedna seria z pistoletu maszynowego przeszła nad moją głową, druga niżej nóg, tak że nawet nie byłam draśnięta - opowiadała nam pani Julia Drewnowska.
W nocy 7 kwietnia 1944 roku, prawdopodobnie w akcie odwetu za wydanie Niemcom dwóch białoruskich partyzantów, na wieś Sobótka leżącą niedaleko Bielska Podlaskiego napadł oddział komunistycznej partyzantki im. Feliksa Dzierżyńskiego, który w większości rekrutował się z miejscowej ludności pochodzenia białoruskiego. Partyzanci najpierw wtargnęli do domu rodziny Kotowiczów. Otworzyli ogień z broni palnej, w wyniku czego zginęli wszyscy domownicy z wyjątkiem Julii Kotowicz. Następnie komunistyczni zbrodniarze naszli na dom państwa Chomickich. Ludwik Chomicki, który przeżył masakrę swojej rodziny, tak opisał ją w życiorysie: "W 1944 roku w Wielki Czwartek, w nocy... banda stukając do drzwi przedstawiła się jako żandarmeria. Ojciec otworzył, spędzili nas do jednego pokoju i rozpoczęła się egzekucja. Ja zdążyłem wyskoczyć przez okno i zostałem żywy. Natomiast moją żonę, która była w 9 miesiącu ciąży, oraz bratową i szwagra zabili. Ojciec i brat zostali ranni".
Adam Białous, Sobótka
"Nasz Dziennik" 2006-09-18
Autor: wa