Mam w sobie wolę walki
Treść
Z Sylwią Gruchałą, jedną z najlepszych florecistek świata, rozmawia Piotr Skrobisz
Czuje już Pani ten "przedolimpijski" dreszcz emocji?
- Przyznam szczerze, że tak. Chyba każdy sportowiec, który jedzie na igrzyska, ma nadzieję na sukces i jest stawiany w gronie faworytów, troszeczkę się denerwuje. Chce bowiem sprostać oczekiwaniom, i to nie tylko trenerów, kibiców, ale przede wszystkim swoim własnym. Jest to też impreza szczególna, niezwykła, przygotowuje się do niej nie przez dwa miesiące czy pół roku, ale cztery lata.
Igrzyska to tradycja i historia. Każdy marzy, by zapisać się na kartach ich historii. Ja także.
Jak dziś, na dwa miesiące przed startem w Atenach, ocenia Pani swoją formę?
- Jeszcze nie jest ona najlepsza. Ale szermierka nie jest sportem siłowym i wytrzymałościowym, stąd dwa miesiące to dużo. Przez ten czas można wiele nadrobić. Wierzę, że w sierpniu wszystko będzie już dobrze. Bardzo dobrze.
Ubiegły rok był dla Pani znakomity - wicemistrzostwo świata indywidualnie, mistrzostwo w drużynie. To sukcesy, które chyba pomagają jeszcze bardziej uwierzyć we własne umiejętności?
- Oczywiście. To był niezwykle ważny rok, bogaty w sukcesy, najlepszy w mojej karierze. Mocno też podbudowujący, a wiadomo - wiara w sporcie, tak jak w życiu, jest najważniejsza.
Jakie cechy - Pani zdaniem - musi mieć szermierz marzący o największych sukcesach i zwycięstwach?
- Takie jak każdy człowiek, który chce osiągnąć sukces. Wierzyć w niego, dokładać wszelkich starań, dążyć doń z głęboką wiarą i nadzieją. Musi być odważny, waleczny, musi walczyć do samego końca, do ostatnich sekund, nie zrażając się niepowodzeniami. Musi też być pewny siebie, swych umiejętności. Ale także musi być optymistą, bo pogoda ducha bardzo pomaga!
A jeśli chodzi o konkretne wymagania warsztatu sportowego? Celne oko, refleks?
- Ja na przykład nie mogę powiedzieć, abym miała dobre oko, sporo trafień mam bowiem niecelnych [we florecie pole trafienia obejmuje tylko tułów zawodnika - przyp. PS]. Ale jest to związane ze słabą koncentracją, która u mnie pojawia się w chwilach dużego zmęczenia. Mam jednak inną ważną cechę, bez której - jak myślę - nie mogłabym liczyć na sukcesy: wolę walki w sobie. Sporo też się zastanawiam nad tym sportem, rozmyślam nad taktyką, wyciągam wnioski z porażek i rozwiązuję problemy. Trener mówi, że dobrze.
Co musi Pani poprawić, by było jeszcze lepiej? By miast wicemistrzostwa świata było mistrzostwo.
- Taki jest właśnie mój cel i marzenie: być mistrzynią świata i mistrzynią olimpijską. Wiem jednak dobrze, że mam jeszcze sporo do poprawienia. Przede wszystkim bardzo emocjonalnie podchodzę do wszystkiego, także do sportu, do poszczególnej walki, i to mnie często gubi. O tym muszę pamiętać, nad tym panować i pracować.
Do poprawy mam także koncentrację. Owszem, na krótką chwilę nie sprawia mi ona problemu, ale na dłuższą metę - czasami zbyt szybko się męczę. Mam pewne braki także w technice.
Jak widać - mimo niezłych wyników - sporo pracy jeszcze przede mną. Ale cieszę się z tego, bo to świadczy tylko o tym, że mogę walczyć lepiej.
Podkreśla Pani zawsze, że w przygodzie z floretem było trochę przypadku, że niewiele zabrakło, aby została Pani... lekkoatletką.
- Mieszkałam niecałe sto metrów od szkoły sportowej, więc siłą rzeczy tam właśnie trafiłam. Przed piątą klasą każdy z nas musiał sobie wybrać konkretny profil: albo lekkoatletykę, albo szermierkę. Bardziej przemawiała do mnie ta pierwsza, ale - dziś mówię "na szczęście" - klasę lekkoatletyczną zlikwidowano. Wyboru więc nie było.
Zostałam przy szermierce głównie dzięki trenerowi Longinowi Szmitowi. On mnie w ten sport wciągnął, pokazał, co jest w nim pięknego.
Co więc pięknego jest w szermierce?
- Myślę, że w tym sporcie najfajniejsze jest to, iż nigdy nie jest w nim nudno. Przez cały czas trzeba rozwiązywać problemy, główkować, kombinować, zmieniać taktykę, dostrzegać, co robi przeciwnik. I to jest niezwykłe, że gdy się w odpowiednim momencie nie dostrzeże ruchu rywala, walka najprawdopodobniej jest już przegrana.
Szermierka wymaga więc jasnego umysłu, twórczego i kreatywnego myślenia. Choćby dlatego tak ważna jest - o czym już wspominałam - umiejętność koncentracji, wyciszenia się, opanowania emocji.
Miała Pani w trakcie swej przygody ze sportem chwile zwątpienia?
- Pewnie, że miałam. Ale wtedy pomagała mi intuicja, która podpowiadała właściwe rozwiązania. Szermierka uczy także radzenia sobie w trudnych sytuacjach, zwyciężania swych słabości.
Pamięta Pani swój pierwszy sukces?
- W 1996 roku pojechałam na pierwsze poważne zawody - mistrzostwa świata kadetów. Nie byłam faworytem, ale udało mi się zdobyć brązowy medal. To były niezwykłe zawody. Walczyłam z całych sił, całym sercem i całą sobą, nie odpuszczałam ani na chwilę i to pozwoliło mi stanąć na podium. Uwierzyć w siebie. To był ważny sukces. Po części uświadamiający, że droga, którą wybrałam, jest słuszna.
A teraz marzenia sięgają już dalej - olimpijskiego medalu?
- Jak najbardziej. I to złotego.
Dziękuję za rozmowę.
Nasz Dziennik 9-06-2004
Autor: DW