Mam w sobie dużo zapału
Treść
Rozmowa z Justyną Kowalczyk, biegaczką narciarską
Na początek nie sposób nie zapytać o zdrowie - wszyscy nadal mamy żywo w pamięci jeden z olimpijskich biegów, na którym Pani zasłabła i straciła przytomność?
- Wszystko jest już w jak najlepszym porządku. Doktor Robert Śmigielski, z którym współpracuję od zeszłego sezonu, zadbał o to, żeby wszystkie niedociągnięcia, jakie powstały przez ostatnie trzy lata, zniwelować i wyleczyć. Miałam nieco nadwerężone kolana, ale dzięki interwencji doktora wszystko wróciło do normy. Na szczęście obyło się bez jakichkolwiek zabiegów czy operacji. Jeśli chodzi o zdrowie - nie pamiętam, żebym kiedyś czuła się tak dobrze przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego.
Czyli będzie Pani także pracowała jak nigdy?
- (śmiech) O, mam nadzieję, że nie, gdyż by mnie to daleko nie doprowadziło. Więcej niż w zeszłym sezonie pracować nie mogę, bo bym chyba musiała skończyć ze sportem.
Czasu wolnego po zakończeniu ubiegłego sezonu Pani nie miała, kilka tygodni i już trzeba rozpoczynać treningi do nowego?
- Ale spędziłam go tak, jak chciałam. Najlepiej czuję się bowiem w domu, z najbliższymi, dlatego tak chętnie wracałam do Kasiny. Poza tym bywałam w Warszawie, gdzie się leczyłam, oraz na katowickiej AWF, gdzie nadrabiałam wszelkie zaległości.
Jeżeli już miałabym gdzieś pojechać, to do Patagonii lub Nepalu. Tam, gdzie jest wysoko i dużo pięknej, nieskażonej natury. Uwielbiam góry, w przeciwieństwie do plaży, której po prostu nie cierpię.
Czym się będą różniły tegoroczne przygotowania od tych z lat minionych?
- Przede wszystkim będzie ten sam sztab - czyli trener Aleksander Wierietielny, jego asystent Jakovas Gimbickis, Andrzej Michałek - serwismen, Witalij Trypolski - fizjoterapeuta, i doktor Robert Śmigielski. Żałuję, że serwismena będziemy mieli tylko w zimie, latem także by się nam bardzo przydał, ale Polski Związek Narciarski nie zgodził się na to, żeby z nami jeździł. Szkoda. Co będzie nowego? Wiem, że trener wprowadza jakieś zmiany, ale nie będą one wielkie. Na razie nie zamierzamy odpuszczać, bo w tym sezonie są mistrzostwa świata w Sapporo, na których chciałabym się dobrze zaprezentować. Wydaje mi się, że nieco zwolnimy tempo za rok, gdy nie będzie w kalendarzu zawodów najwyższej rangi. Wtedy może odpuścimy, choć... To tylko takie gadanie, znam siebie i wiem, że to nie leży w mojej naturze. Zawsze miałam, mam i pewnie będą miała w sobie bardzo dużo zapału.
A tegoroczne przygotowania rozpoczynamy od obozu w Wałczu, potem mamy kilka dni przerwy i jedziemy do Sierra Nevada w Hiszpanii na ponad trzy tygodnie. Następne etapy to Otepaeae w Estonii i Białoruś. Czyli jeśli chodzi o miejsca - nic nowego, wybieramy sprawdzone warianty.
Jak wyglądają treningi biegacza narciarskiego wiosną i latem?
- Wykorzystujemy cały arsenał środków. Począwszy od nartorolek, wykonujemy różnego rodzaju imitacje stylu klasycznego, łyżwowego etc. Poza tym skaczemy z kijkami pod górę, co jest najcięższym zajęciem. Dużo biegamy po górach, jeździmy na rowerze, pływamy w kajakach.
Nad czym szczególnie będzie Pani pracować?
- Nad moją techniką łyżwową. Chodzi o to, by poprawić pracę nóg. Ciągle to szlifujemy, z roku na rok jest lepiej, nie inaczej powinno być i teraz. Poza tym ciągle brakuje mi objeżdżenia, co wychodzi na zakrętach.
Zapowiada się zatem kolejny ciekawy sezon z konkretnym celem - mistrzostwami świata w Sapporo?
- Tak, znam tamtejszą trasę i wiem, co muszę poprawić, żeby było dobrze. A nie ukrywam, że chcę, by dobrze było. Przede mną kilka miesięcy ciężkiej pracy, ale mnie ona nie przeraża. Mam nadzieję wyeliminować błędy, słabsze elementy.
Wierzę jednak, że będzie mi teraz łatwiej niż w zeszłym sezonie. Mam większą pewność siebie, nie muszę się przejmować problemem o nazwie "dyskwalifikacja" oraz wszystkimi związanymi z nim konsekwencjami i stresem. Już od początku przygotowań mam doskonałego lekarza, rok temu był on dopiero od sierpnia-września. Nie zostaje mi zatem nic, tylko walczyć. Nie mam żadnych wymówek.
W tym roku debiutuje również prestiżowy i morderczy niemal cykl zawodów Tour de Ski - osiem startów w dziesięć dni to wyzwanie!
- Do tego w różnych miejscach i na różnych dystansach, przede wszystkim długich. Tak, to jest wyzwanie, mam nadzieję, że uda mi się przebiec cały cykl, może poza jednym sprintem. Ja zresztą nigdy specjalnie się nie przygotowywałam do sprintów. To jest moja pięta achillesowa. Jeśli trasa jest ułożona pode mnie, jest dobrze, jeśli nie - to wyniki są takie jak na igrzyskach.
Presji już się Pani nie obawia?
- No właśnie, to jest pewnie jedyny problem. Jeśli chodzi o treningi, to na pewno mi nie przeszkodzi, poza tym będziemy z dala od kraju i dziennikarzy (śmiech). Potem, na zawodach, będę musiała się do niej przyzwyczaić. Tym bardziej że początek sezonu na pewno nie będzie najlepszy. Takie mamy plany treningowe, by optymalną formę uzyskać dopiero w jego trakcie. Cóż, na początku pewnie usłyszę o sobie kilka niemiłych słów, ale potem będzie już dobrze. Na Tour de Ski powinnam już być w dobrej formie.
W kadrze "A" nadal jest Pani jedyną kobietą, ale w "B" jest sporo młodych, zdolnych dziewcząt. Liczy Pani, że niedługo konkurencja wzrośnie?
- Super, że dziewczyny są, bardzo bym chciała, żeby trenowały, podnosiły swe umiejętności. Niech ze mną rywalizują, będzie fajnie. Na razie jednak nie potrzebuję osoby, z którą mam ćwiczyć. Owszem, byłoby świetnie, gdybym miała z kim startować, ale trenować lubię sama.
W kadrze często mam zajęcia z Maciejem Kreczmerem, w ostatnich dwóch latach zdecydowanie się do mnie podciągnął...
???
- No tak, w naszej grupie ja pierwsza zaczęłam mocno trenować. Oczywiście i Maciek, i Janusz Krężelok mają większy potencjał, wszystko mogą wykonać szybciej, ale bywały zajęcia w górach w Hiszpanii, że nie potrafili za mną nadążyć. Jeśli chodzi o zajęcia wytrzymałościowe, to naprawdę możemy ze sobą rywalizować.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2006-06-06
Autor: ab