Mam czyste ręce
Treść
Z Bolesławem Piechą, byłym wiceministrem zdrowia, rozmawia Izabela Borańska
Sam Pan wnioskował o zawieszenie w prawach członka klubu PiS. Czy nie wygląda to jak przyznanie się do winy?
- Ja powiem wprost. Najprawdopodobniej, tak myślę, padłem ofiarą czarnego PR, tak dzieje się prawie zawsze w tego typu sytuacjach, jak tworzenie listy leków refundowanych. Procedura dotycząca wprowadzania odpowiedniej liczby leków na listę jest znana. Decyzję zawsze przedstawia minister. Ministerstwo Zdrowia kolegialnie przyjmuje projekt i poddaje go konsultacjom. I nic się złego nie działo, dopóki nie pokazały się pewne niekorzystne zjawiska, które mogły grozić skutkami finansowymi pewnym firmom farmaceutycznym. Przykro mi to mówić, ale zdecydowanie nie były to firmy zachodnie.
Co konkretnie ma Pan na myśli?
- Jeżeli wprowadza się konkurenta nowocześniejszego od leku generycznego, a lek generyczny w tej ogromnej konkurencji musi obniżyć cenę, to kto traci? Ten, który ma tego konkurenta. Było jeszcze parę przypadków, o których nie mogę mówić. Z tego zrobiła się cała afera. Nie było łamania procedur, nie było żadnego dopisywania w ostatniej chwili. Ja sam przecież w piątek na skutek tych ogromnych kontrowersji powiedziałem, że nie możemy iwabradyny umieścić na liście, dopóki nie wyjaśnimy wszystkich okoliczności. Po co bym to robił?
A dlaczego iwabradyna była w pierwszej wersji listy zawieszona?
- Musieliśmy wyjaśnić tę sytuację. Jeśli jedyne hasło, które postawiło wszystko na baczność, brzmiało, że lek jest dla pieniędzy wprowadzony za łapówkę, nikt go nie refunduje, a lek w ogóle nie działa i jest zły - to moim obowiązkiem było jeszcze raz ten lek sprawdzić. Osobiście w sobotę dzwoniłem do pana prof. Grzegorza Opolskiego, autorytetu, konsultanta krajowego w dziedzinie kardiologii, do pana prof. Witolda Różyłły, szefa Instytutu Kardiologii, o opinię o tym leku. Oni potwierdzili te opinie, które wcześniej wydali, że lek jest rekomendowany przez Europejskie i Polskie Towarzystwo Kardiologiczne, że jest pewna określona grupa ludzi, która z niego będzie korzystała i że skutki jego regulacji będą takie, jakie przedstawili. Jak więc widać, sam zawiesiłem iwabradynę do momentu wyjaśnienia i sam zweryfikowałem opinię na temat tego leku. Ja naprawdę nie działam w imieniu firm farmaceutycznych, ja działam w imieniu pacjenta.
Czyli lek jest po prostu dobry?
- Tak, jest w całkowitym porządku. Jest to lek rekomendowany i refundowany na Litwie, Łotwie, Estonii, w Czechach, na Słowacji, w Niemczech, Austrii, Portugalii, i tak dalej. Jest w tych państwach refundowany w znacznie wyższym stopniu, więc jakie ja mam podstawy twierdzić, że jest nic niewarty? Został wpisany na listę z myślą o 3-4 tys. pacjentów, którzy chorują na ciężką chorobę serca, nie na nadciśnienie, i nie mogą się leczyć powszechnie znanymi lekami, bo są na nie np. uczuleni i mają przeciwwskazania lub w ogóle nie mogą ich stosować. Ci ludzie mają szansę na życie bez męki, mają nową opcję, proponuje się im coś nowego i skutecznego.
Jak ustosunkuje się Pan do zarzutu spotkań z przedstawicielem firmy farmaceutycznej Servier?
- Nie spotykam się indywidualnie w żadnych ustronnych miejscach z przedstawicielami firm farmaceutycznych, bo wiem, że to jest nieeleganckie, może czymś grozić i budzi niedobre skojarzenia. Natomiast źle zrozumiałem pytanie zadane przez pana Nowickiego, dziennikarza TVN. Ale nie zaprzeczam, że z racji pełnionych funkcji byłem na takim spotkaniu i był tam też marszałek Kotlinowski, minister Giertych, był wysoko postawiony przedstawiciel Kościoła. Ja idąc tam na ich zaproszenie, spotkałem przedstawiciela firmy farmaceutycznej - to też nie jest normalna sytuacja - ale co ja mogłem na to poradzić, nie miałem wpływu na to, kto tam był. Ale nie ustalam i nigdy nie ustalałem takich rzeczy, jak ceny czy wnioski, to nie jest moje zadanie. To musi zrobić podmiot zlecający, czyli firma, a moim zadaniem jest weryfikacja i nic więcej. Teraz chcę tylko tego, aby spotkać się z CBA. Bardzo sobie tego życzę.
Co tak naprawdę spowodowało tę całą sytuację?
- Nie wiem. To się zawsze dzieje przy powstawaniu listy leków refundowanych, może to jest jakaś przemożna próba zdyskredytowania całej listy leków refundowanych i procesu jej tworzenia, i próba podważenia legalności procesu legislacyjnego. Obawiam się, że to jest jakaś spiskowa teoria dziejów i mam różne sygnały od niektórych dziennikarzy potwierdzające moje obawy.
Niektóre media insynuują, że pani minister Ewa Kopacz, kiedy apelowała do minister finansów Zyty Gilowskiej o niepodpisywanie listy leków refundowanych, to miała właśnie na uwadze niepewność co do iwabradyny. Ale ja akurat dzwoniłam w tej sprawie do pani Kopacz 12 listopada, jeszcze przed zaprzysiężeniem jej na ministra zdrowia, i pytałam, dlaczego apeluje do wicepremier Gilowskiej. Pytałam panią Kopacz, co by zmieniła na tej liście. Odpowiedź była zaskakująca: "Ale ja nie wiem, co jest na liście leków refundowanych". Po co tak naprawdę był ten apel?
- Wtedy działał już PR. Zaznaczam, jest kupa papierów, tam są moje notatki nawet z rozmów telefonicznych, są oświadczenia podpisane przez specjalistów. Czy ja mam prawo jako lekarz nie wierzyć w kwalifikacje naszych znanych, wspaniałych specjalistów? Mam prawo podejrzewać, że Europejskie i Polskie Towarzystwo Kardiologiczne to zbiór niedoświadczonych stażystów? To bez sensu... Przecież to oni stosują ten lek i mówią, że jest przydatny i będzie korzystny dla pacjentów. Będzie to kosztowało 7 mln zł, ale dzięki temu cała kardiologia - bo trzeba zaznaczyć, że na liście było więcej o wiele droższych zmian - cała kardiologia będzie dzięki temu otwarta na nowoczesne leczenie. To oznacza mniejsze koszty leczenia w szpitalu, bo jak dobrze pacjent jest leczony w domu, to rzadziej trafia do szpitala. To jest sens refundacji.
Co Pan teraz zamierza zrobić?
- Chciałbym się jak najszybciej spotkać z CBA. Dla mnie ta sytuacja jest trudna do zniesienia i chcę, żeby to wszystko zostało wyjaśnione. CBA powinno porozmawiać nie tylko ze mną, ale także z przedstawicielem tej firmy farmaceutycznej, pozostałymi osobami, które wtedy były na tym spotkaniu. Poza tym jak mnie może lobbować przedstawiciel firmy farmaceutycznej?! Przecież ja wiem, z kim rozmawiam i wiem, że on zawsze będzie chwalił swój produkt, bo taka jest jego praca. Przecież on mi nie powie, że przyszedł z lekiem, który jest nic niewarty i nie warto się nim interesować. Jestem tym wszystkim rozgoryczony, zmęczony tym szumem medialnym. Niestety, żadne moje sprostowanie nie może się przebić przez ten szum.
Jest wiele spraw, które powinny zostać wyjaśnione. Na przykład, skąd ja mam wiedzieć, jakim cudem ktoś wjeżdża na teren ministerstwa bez legitymowania przez ochroniarza, przecież ja nie jestem szefem ochrony. Minister się nie zajmuje ochroną, od tego są odpowiednie służby. I to ma być kolejny dowód na to, że ktoś ma jakieś dojścia podejrzane... Sugeruje mi się też przyjmowanie jakichś prezentów. Ja mam stare auto i chciałem je zmienić, bo mam trochę oszczędności, pewnie już go nie kupię, bo będę zaraz oskarżony o korupcję.
Zaręczam, że mam czyste ręce i jeżeli kiedykolwiek cokolwiek od firmy Servier otrzymałem, to chyba kalendarz ścienny, o ile pamiętam. Zwyczajowo firmy farmaceutyczne dają kalendarze.
Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2007-11-23
Autor: wa