Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Lippi: najpiękniejszy moment w życiu

Treść

Tuż przed północą w niedzielę całe Włochy eksplodowały z radości. Piłkarze Marcelo Lippiego zostali bowiem mistrzami świata, a rozkochany w piłce nożnej kraj wręcz oszalał ze szczęścia. - To najpiękniejszy moment w moim życiu - promieniał selekcjoner, zgodnie uważany za jednego z najważniejszych ojców sukcesu. Francja tymczasem zalała się łzami. I to nie tylko dlatego, że przegrała, ale z powodu dramatu Zinedine'a Zidane'a. Tego nieszczęsnego wieczoru piłkarz, uważany za symbol i dumę kraju, jednym bezsensownym i irracjonalnym zagraniem przekreślił wszystko, na co na mistrzostwach pracował. Paradoksalnie - i tak został wybrany na najlepszego gracza turnieju.
Wielki finał nie rozczarował. Był świetnym, emocjonującym i trzymającym w napięciu do samego końca widowiskiem. Lepsze wrażenie pozostawili po sobie Francuzi, ale w piłce nie zdobywa się trofeów za wrażenie. Zwycięża ten, kto strzela więcej bramek. W niedzielny wieczór obie drużyny przez 120 minut zdobyły po jednym golu. Najpierw trafiła Francja, a konkretnie rozgrywający ostatni mecz w karierze Zidane. Kapitan "Trójkolorowych" wykorzystał rzut karny, a uczynił to w sposób niezwykły, wspaniały i niepowtarzalny. Jeśli ktoś dotąd uważał, że "jedenastki" nie mogą być piękne - musiał zmienić zdanie. Włosi odpowiedzieli szybko, a konkretnie Marco Materazzi, który efektownym strzałem głową doprowadził do wyrównania. Czy ktoś wówczas spodziewał się, że ci zawodnicy będą jednocześnie wielkimi bohaterami i antybohaterami finału?
Materazzi przypomniał o sobie już w 7. min, gdy w polu karnym sfaulował Florenta Maloudę. Przewinienie były niemal niezauważalne, ale było - świetnie dostrzegł je znakomicie (wreszcie!) prowadzący zawody sędzia Horacio Elizondo z Argentyny. Kilkanaście sekund później w roli głównej wystąpił Zidane, który z jedenastu metrów trafił cudownie. Włoski obrońca chciał za wszelką cenę zrehabilitować się za błąd z początkowych minut i szybko mu się to udało. Odpowiedział golem, czyż mógł lepiej? Nie! Później Materazzi grał już pewnie, nie mylił się w swych interwencjach. A Zidane - jak to on - rozgrywał, dogrywał kolegom i sam strzelał. Gdyby nie Gianluigi Buffon w bramce, być może przesądziłby o wygranej swojego zespołu. Kapitan Francji nie opuścił boiska mimo bolesnego urazu, jakiego nabawił się w starciu z Fabiem Cannavaro pod koniec regulaminowego czasu gry. Jego usta wykrzywiły się w grymasie, ale został - by wspomóc kolegów. W 110. min tego pożałował.
W tej bowiem minucie doszło do bezpośredniego starcia Zidane'a z Materazzim. Obaj panowie mieli sobie coś do powiedzenia, Francuz uspokoił się pierwszy i odszedł od rywala. Włoch jednak nie odpuszczał - mówił coś i mówił (ciekawe, czy dowiemy się kiedyś co; a na pewno delikatne słowa to nie były), Zidane początkowo cierpliwie nie reagował i nagle coś w niego wstąpiło - zdecydowanie ruszył na Materazziego i uderzył go głową w klatkę piersiową. Włoch jak to Włoch - runął na ziemię co najmniej jak po starciu z bykiem, a Zidane zaczął ściągać kapitańską opaskę. Wiedział, że za chwilę zobaczy czerwoną kartkę i pożegna się przedwcześnie z mistrzostwami, reprezentacją i całą karierą. Już dawno zapowiedział, że po mundialu kończy przygodę z piłką.
Cała Francja, i nie tylko, oniemiała. Aż chciało się powiedzieć: "Zinedine, coś ty zrobił, dlaczego, po co?". Było już jednak za późno. Jednym niezrozumiałym zagraniem, głupim i bezsensownym gestem wielki piłkarz przekreślił wszystko, na co w Niemczech pracował. Na pożegnanie godne sportowego herosa. Wspaniały Zidane na chwilę zapomniał, że w życiu trzeba nad sobą panować niezależnie od sytuacji, od bluźnierstw Materazziego.
Szkoda, że to spotkało właśnie jego, że zachowanie Zidane'a położyło się cieniem na pięknym finale. Francja była w nim lepsza. Miała inicjatywę, częściej przesiadywała na połowie rywala, próbowała różnych sposobów na sforsowanie świetnej defensywy, w której jak zwykle niesamowicie grali Gianluca Zambrotta, Fabio Cannavaro i rewelacyjny Fabio Grosso (to prawdziwe odkrycie mistrzostw!). Szarpali Thierry Henry (najlepszy mecz na mistrzostwach), Franck Ribery i Malouda, bramek (poza dwiema już wspomnianymi) kibice jednak nie oglądali. O wszystkim musiały zadecydować rzuty karne - drugi raz w historii mundialu. Włosi wykonali je bezbłędnie, Francuzi pomylili się raz, gdy w poprzeczkę trafił David Trezeguet. Żeby było ciekawiej, na co dzień piłkarz... Juventusu Turyn.
Przez najbliższe cztery lata Puchar Świata dumnie dzierżyć będą zatem Włosi. Czy zasłużenie? Może w finale Francja była ciut lepsza, może mieli w tym turnieju trochę szczęścia, ale tak - zasłużenie. Przede wszystkim za porywający, niesamowity i niezapomniany bój, jaki w półfinale stoczyli z Niemcami. To tak naprawdę jedyny mecz turnieju, który wspominać będziemy latami.
To czwarty w historii tytuł Italii - poprzednio zwyciężała w 1934, 1938 i 1982 roku.
Piotr Skrobisz



Po meczu powiedzieli
Marcelo Lippi, trener Włoch: - To najpiękniejszy moment w moim życiu. Największa satysfakcja, jaką może mieć piłkarski trener. Wygrałem już Ligę Mistrzów, taką namiastkę klubowych mistrzostw świata, zdobywałem tytuły mistrzowskie w Serie A, ale nic nie może się równać z tym zwycięstwem. Muszę bardzo podziękować swoim piłkarzom, którzy pokazali serce, charakter i osobowość. Ten sukces dedykuję swojej rodzinie.
Raymond Domenech, trener Francji: - Jestem bardzo rozczarowany. Tylko zwycięstwo jest piękne, a my dzisiaj na nie zasłużyliśmy. Zabrakło nam do niego bardzo niewiele. Można powiedzieć, że byliśmy tylko o jedną bramkę gorsi, ale to Włosi są mistrzami świata. W tym meczu oni mogli nas pokonać tylko w jeden sposób, właśnie w rzutach karnych. I to im się udało.
Pisk, PAP

"Nasz Dziennik" 2006-07-11

Autor: ab