Legii marsz po mistrzostwo
Treść
Do zakończenia rozgrywek naszej piłkarskiej ekstraklasy pozostało już tylko siedem kolejek. Choć jeszcze niedawno wydawało się, że walka o mistrzowską koronę toczyć się będzie do końca, dziś nie jest to już takie pewne. Ba, wszystko wskazuje na to, że rozstrzygnięcie może nastąpić dużo wcześniej. Legia Warszawa ma już bowiem cztery punkty przewagi nad Wisłą Kraków i kilka asów w rękawie.
Po dziewięciu seriach spotkań Wisła miała siedem punktów więcej od Legii. Potem jej przewaga zaczęła się kruszyć, a pod koniec roku była symboliczna, bo jednopunktowa, ale jednak. Wiosną wiele się zmieniło - warszawianie szybko wyprzedzili w tabeli krakowian, a w niedzielę dystans zdecydowanie powiększyli. Dziś wynosi on już cztery "oczka". To dużo. Tym bardziej że nic nie wskazuje na to, że nagle "Biała Gwiazda" odzyska błysk, a Legię dopadnie kryzys. Czyżby zatem losy mistrzostwa właśnie się rozstrzygały?
- Wisła jest cieniem siebie sprzed kilku lat - powiedział po sobotnim meczu Lecha Poznań z Wisłą pomocnik "Kolejorza", Piotr Świerczewski. I trudno mu nie przyznać racji. Drużyna, która w pięknym, pełnym finezji i polotu stylu pokonywała w pucharowych bojach AC Parmę czy Schalke Gelsenkirchen, już nie istnieje. Dawni liderzy odeszli, na ich miejsce sprowadzono kopaczy, którzy piłkarską klasą i umiejętnościami nie dorastają im do pięt. Działacze zmarnowali miliony złotych i drogocenny czas, czego efekty widzimy dzisiaj. Dawniej krakowianie potrafili wymieniać kilkanaście podań, by w odpowiednim momencie przyspieszyć i zadać zabójczy cios. Mieli znakomitych bocznych pomocników, napastników, których zazdroszczono im w Europie. Lubowali się w grze ładnej dla oka, finezyjnej, strzelali masę bramek. Teraz jest inaczej.
Nie ma już w Wiśle Macieja Żurawskiego, Tomasza Frankowskiego, Mirosława Szymkowiaka, Kamila Kosowskiego i Kalu Uche. Są za to Paweł Kryszałowicz, Norbert Varga, Jacob Burns, których boiskowa wartość (razem) jest mniejsza od jednego Edsona, sprowadzonego zimą przez Legię. Jest trener Dan Petrescu, który (na razie, czy na zawsze?) wyróżnia się iście południowym temperamentem, dziwnymi decyzjami kadrowymi i nieustannym szukaniem winnych wszędzie, tylko nie u siebie. Wiślakom brakuje dynamiki, świeżości (a wedle zapowiedzi trenera, w kwietniu mieli być w optymalnej formie), grają piłkę nieciekawą, nieskuteczną, popełniają masę błędów w defensywie. W obronie Rumuna przemawia fakt, że zimą co rusz apelował o konieczność wzmocnienia składu. Słusznie, ale działacze wykazali się szokującą nieporadnością...
Wisła na wiosnę zdobyła trzynaście punktów. Strzeliła dziewięć bramek, straciła pięć. Nie jest już liderem i być może w roku jubileuszu stulecia istnienia nie obroni mistrzostwa. Ma bowiem godnego rywala, mocniejszego i bardziej zdeterminowanego w działaniu - Legię.
Najpierw suche dane - sześć meczy, osiemnaście punktów. Komplet. Szesnaście goli strzelonych, jeden stracony. To wiosenne zyski podopiecznych Dariusza Wdowczyka. Nie wymagają komentarza.
Paradoksalnie Wdowczyk nie jest zachwycony z postawy swoich piłkarzy, i ma rację! Bo legioniści wcale nie grają rewelacyjnie, mają długie momenty przestojów, gdy dostrajają się poziomem do słabego przeciwnika. Ale są świetnie przygotowani do sezonu, walczą do samego końca, potrafią losy meczy rozstrzygać w ostatnich sekundach. Są głodni sukcesu.
Wdowczyk ma do dyspozycji szeroką i niezwykle wyrównaną kadrę. Gdy jeden zawodnik wypada lub jest w gorszej dyspozycji, zastępujący go rezerwowy nie powoduje spadku jakości gry drużyny. Więcej, wiosną nie brakowało spotkań, których wynik przesądzali gracze wchodzący z ławki. Działacze kapitalnie utrafili z transferami obcokrajowców (i tego powinni się od nich uczyć rywale spod Wawelu). Moussa Ouattara i Dickson Choto stanowią zaporę nie do przejścia w defensywie, a pozyskani zimą Edson i Roger wnieśli nową jakość nie tylko do Legii, ale i całej naszej ligi. A do tego nie traktują Legii jako przepustki do mocniejszego klubu na Zachodzie, tylko chcą w niej i z nią osiągać sukcesy. To cenne.
Czy zatem - powtórzmy - po trzech latach dominacji Wisły, mistrzostwo Polski powróci do Warszawy? Wiele na to wskazuje. Legia jest rozpędzona, na fali, cztery punkty przewagi dają jej duży komfort psychiczny. Do tego ma dużo bardziej korzystny od rywala "rozkład jazdy" do końca sezonu. Na własnym stadionie zmierzy się bowiem z groźnymi: Zagłębiem Lubin i Amicą Wronki, a w ostatniej kolejce podejmie Wisłę! Krakowian czeka też wyjazd do Wronek, gdzie nigdy dobrze im się nie grało.
Podopieczni Petrescu, chcąc myśleć o tytule, muszą zatem nie tylko pokonać Legię w Warszawie, ale i liczyć na to, że ta po drodze pogubi jeszcze inne punkty. Owszem, w Kielcach i Płocku legionistom łatwo nie będzie, ale nie jest także powiedziane, że krakowianie przywiozą wygrane z wyjazdowych bojów z Koroną czy Amicą.
Walka o mistrzostwo zapowiada się szalenie interesująco. Być może jej losy rozstrzygną się dopiero w ostatniej kolejce na Łazienkowskiej (i to byłby wspaniały finał sezonu), ale dziś bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym wszystko wiadome będzie wcześniej. A to by oznaczało tytuł dla Legii.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2006-04-11
Autor: ab