Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Larsson - bohater na pożegnanie

Treść

Od 1992 roku kibice FC Barcelony czekali na triumf w piłkarskim Pucharze Europy. Sporo wydarzyło się przez ten czas. Były także chwile, o których zapewne chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Wreszcie się jednak doczekali - w środowy wieczór na Stade de France w podparyskim Saint-Denis duma Katalonii pokonała 2:1 Arsenal Londyn i po raz drugi w historii zdobyła najcenniejsze klubowe trofeum Europy i świata. Mimo że mecz nie był może nadzwyczajnym spektaklem, nie zabrakło w nim niczego, co kibice kochają. Bohaterem był 34-letni Szwed, Henrik Larsson.
Były piękne akcje. Urzekał nim i as "Kanonierów" Thierry Henry, który momentami ośmieszał rywali, prezentując nadzwyczajny repertuar technicznych trików. Urzekał wprowadzony w końcówce Larsson, którego dwa genialne zagrania otworzyły Barcelonie drogę do wielkiego sukcesu. Były efektowne gole, jak ten Sola Campbella czy Samuela Eto'o. Była walka w każdym zakątku boiska. Były dramaty, niespodziewane zwroty wydarzeń. Były także pomyłki sędziowskie, z których kilka miało wpływ na obraz gry.
Faworytem była Barcelona, ale od początku inicjatywę przejął Arsenal. Nim Hiszpanie zdążyli dobrze wejść w mecz, rywale mogli prowadzić 2:0! Dwie okazje miał bowiem Henry, a jedna z nich była wręcz doskonała. Nie wykorzystał ich, podobnie jak idealnej szansy w 70. min. To był dramat świetnego Francuza - z jednej strony grał bowiem świetnie, efektownie, finezyjnie, z drugiej - pudłował w kapitalnych sytuacjach. Gdyby podwyższył na 2:0 - byłoby po sprawie. Zabrzmi to paradoksalnie, ale ten aktor numer jeden środowego widowiska być może przesądził o niepowodzeniu swojej drużyny...
Od 19. min Arsenal grał w dziesiątkę. Błysk geniuszu Ronaldinho (niespodziewanie jeden z nielicznych, to nie był jego wieczór), kapitalny start do piłki Eto'o i faul bramkarza Jensa Lehmanna. Po chwili po strzale Ludovica Giuly piłka wpadła do bramki Anglików, ale sędzia jej nie uznał. Straszny błąd. Podyktował tylko rzut wolny, a Niemca wyrzucił z boiska. Rozpoczął się dramat "Kanonierów", wydawało się, że od tej pory Barcelona przejmie całkowicie inicjatywę, ale tak się nie stało.
W tym momencie wyszła cała mądrość londyńczyków i ich trenera Arsene'a Wengera. Nie spanikowali, nadal grali swoje, umiejętnie zagęszczając środek boiska i ograniczając do minimum swobodę Ronaldinho. Kilkanaście minut później objęli prowadzenie, długo je utrzymywali.
I pewnie by utrzymali, gdyby Henry miał lepiej ustawiony celownik i gdyby w 60. min na boisku nie pojawił się Larsson. Onegdaj wielu dziwiło się, że "Barca" sprowadza piłkarza po trzydziestce (dziś ma ponad 34 wiosny na karku), że przedłuża z nim kontrakt w chwili, gdy łapie ciężką kontuzję. Szwed odpowiedział im w sposób najlepszy z możliwych. Od momentu, gdy pojawił się na placu gry, Katalończycy zaczęli spisywać się zdecydowanie lepiej. Przyspieszyli, stwarzali wreszcie strzeleckie sytuacje. W 76. min Larsson wspaniale musnął piłkę, którą przejął Eto'o, i wyrównał (acz trzeba przyznać, że był na minimalnym spalonym). Pięć minut później Szwed wręcz genialnie zagrał do Juliano Bellettiego, a ten pogrążył rywali. "Kanonierzy" nie mieli już sił, by odwrócić losy meczu.
Po spotkaniu nikt nie miał wątpliwości: to Larsson był postacią numer jeden finałowego pojedynku, pół godziny wystarczyło, by na trwale wpisał się do historii Barcelony. - Wykonał doskonałą pracę - przyznał trener "Barcy" Frank Rijkaard (trzy razy wygrywał Ligę Mistrzów jako piłkarz, teraz po raz pierwszy jako trener - niesamowite), dodając: - I odchodzi jako bohater.
Bo choć każdy chciałby zatrzymać Szweda w Katalonii, ten już dawno postanowił: po zakończeniu sezonu wraca do ojczyzny - do Helsingborga. Tam się urodził, tam rozpoczął piłkarską karierę i tam chce ją zakończyć. Przy okazji po latach życia na emigracji chce wreszcie zapewnić najbliższym stabilizację w rodzinnych stronach. - Od 1993 roku gram poza Szwecją i choć przeżyłem wiele wspaniałych lat, nadszedł czas na powrót do kraju - nie ma wątpliwości. Nie myśli jeszcze o rychłym końcu przygody z futbolem. - Kiedy człowiek ma siły i ochotę do gry, wiek nie ma żadnego znaczenia - dodaje.
Mówi to zawodnik, który ma ponad 34 lata, i gdyby była taka możliwość, znalazłby się na liście życzeń najlepszych klubów świata. Nikt, poza skromnym i nieznanym Helsingborgiem jego serca i usług już jednak nie zdobędzie.
Piotr Skrobisz

"Nasz Dziennik" 2006-05-19

Autor: ab