Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Ktoś chce "rozgrzać" scenę polityczną?

Treść

Od kilkunastu dni w tzw. kuluarach krąży plotka, że najdalej pięć dni po zakończeniu papieskiej pielgrzymki dojdzie do zmiany na stanowisku premiera, choć w samym rządzie nie zajdą większe zmiany. Wszystko jednak wskazuje na to, że to plotka. Tylko przez kogo rozsiewana?
Od pierwszej chwili, gdy we wrześniu ub.r. Jarosław Kaczyński wskazał Kazimierza Marcinkiewicza jako nowego szefa rządu, wśród polityków, komentatorów sceny politycznej, ale i wyborców pytanie: "Na jak długo?", pojawia się często. Każde przesilenie polityczne głosy te nasila. Tak było po fiasku negocjacji PiS z Platformą Obywatelską, po powstaniu paktu stabilizacyjnego, odrzuceniu wniosku o samorozwiązanie Sejmu, wreszcie po powstaniu koalicji z Samoobroną, LPR i Narodowym Kołem Parlamentarnym. Informację o tym, że Marcinkiewicz jest w tej chwili premierem tylko dlatego, by nie zaogniła się sytuacja polityczna tuż przed przyjazdem Ojca Świętego Benedykta XVI, po dziennikarzach zaczynają powtarzać między sobą także politycy PiS. W piątek w Sejmie zrodziła się nawet hipoteza, że na przyszłotygodniowym zjeździe Platformy dojdzie do rozłamu w tej partii i wówczas część posłów PO z grupą posłów PiS, na czele z Marcinkiewiczem, stworzy nową formację.
Inna hipoteza mówi, że bracia Kaczyńscy przygotowali z premierem taki plan, według którego miałby on "schować się", jego obecna popularność zaś miałaby zostać wykorzystana w "trudniejszych czasach". Siłę tych teorii osłabiają domysły, że to wcale nie Jarosław Kaczyński miałby zostać premierem, ale... kobieta.
Jednak obok tych, którzy są gotowi zakładać się, że Marcinkiewicz odejdzie, są i tacy, którzy chętnie przyjęliby i odwrotne zakłady. I chyba jednak ci drudzy wykazują więcej politycznego realizmu. Bo tworzenie jakiejkolwiek nowej formacji sytuującej się w centrum - między PiS a PO - nie ma wielkiego sensu. Co prawda w kampanii wyborczej programy gospodarcze obu ugrupowań znacznie się różniły, ale po stworzeniu rządu PiS "domieszało" do swojego programu "solidarnego państwa" kilka cennych pomysłów z programu PO. Po co więc tworzyć formację, która miałaby program taki, jaki ma dziś rząd Marcinkiewicza?
Trudno też sobie wyobrazić, by PiS znalazło w swoim otoczeniu jakiegokolwiek innego polityka, który byłby tak dobrym premierem jak Marcinkiewicz. Druga sprawa, że każda inna nominacja niż dla prezesa partii byłaby niezrozumiała i trudna do wytłumaczenia zwolennikom PiS. A tych nie ubywa (przynajmniej w sondażach) i to "pomimo" powstania koalicji z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem.
Kto i dlaczego rozsiewa plotkę o zmianie premiera? Pierwszym powodem może być ten, że po zawiązaniu koalicji większościowej scena polityczna nieco ostygła. Zawsze w takiej sytuacji pojawiają się tacy, którzy chcą ją choć pozornie "rozgrzać". I to najprawdopodobniej jest najlepsze wytłumaczenie. Drugi powód jest taki, że Marcinkiewicz był szykowany na premiera w koalicji z PO, a nie z LPR czy Samoobroną. Trzeci w końcu to ostatnie napięcia w trójkącie prezes PiS - premier - prezydent. Tak było przy okazji nominacji nowego szefa MSZ, dymisji Ryszarda Schnepfa czy krytykowania premiera na wyjazdowym posiedzeniu klubu za zbyt powolne zmiany w spółkach Skarbu Państwa. Tylko że rozwiązanie tych wszystkich sporów wskazuje, iż nie ma wojny "pałaców" jak za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego i rządu Leszka Millera. Fakt, że w rządzie znaleźli się najpierw Wojciech Jasiński, a teraz Anna Fotyga, świadczy o tym, iż premier ma co prawda często swoje zdanie, ale nie stawia sprawy na ostrzu noża. A z rozmów z ludźmi będącymi blisko władz Prawa i Sprawiedliwości wynika, że i Jarosław Kaczyński docenia umiejętności i popularność premiera. Czy to możliwe, że plotki o zmianie szefa rządu wychodzą z któregoś z tych źródeł? Teoretycznie tak - otoczenie Marcinkiewicza mogłoby w ten sposób "palić projekt", otoczenie prezesa PiS zaś - wywierać presję na premiera. Miejmy jednak nadzieję, że czołowi politycy w Polsce, posiadając na dodatek parlamentarną większość, zajmują się poważniejszymi sprawami.
Mikołaj Wójcik

"Nasz Dziennik" 2006-05-16

Autor: ab