Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Kto tu prowadzi politykę?

Treść

Muzeum Historyczne m.st. Warszawy nie wystąpi na drogę sądową w sprawie nielegalnego wykorzystania kopii jego obiektów na wystawie Eriki Steinbach. Decyzja ta jest następstwem silnych nacisków Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Muzeum ograniczy się jedynie do oświadczenia o braku zgody na eksponowanie reprodukcji - dowiedział się "Nasz Dziennik".



- Nie będziemy podejmować żadnych kroków prawnych, ponieważ wycofaliśmy te obiekty, oni natomiast je sfotografowali. Poinformowaliśmy opinię publiczną, że jest to poza naszą wiedzą. Ja nie będę się z panią Eriką Steinbach w żaden sposób kontaktować - powiedziała w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dyrektor Muzeum Historycznego m.st. Warszawy Joanna Bojarska. Uznała ona, że jest to sprawa polityczna, i nie będzie się w nią mieszać. - Rozmawiałam z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i MSZ mi wyraźnie powiedziało, iż jest to sprawa prowokacyjna, że mamy po prostu napisać, że się pod tym nie podpisujemy, i zrobiłam tak, jak zarządziło MSZ. To ministerstwo jest tu władne, a nie my - tłumaczyła. Tymczasem, jak poinformowało nas pragnące zachować anonimowość źródło w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, instytucja ta nie miała prawa ingerować w działalność placówki niebędącej pod jej jurysdykcją.
Z informacji przesłanych nam później przez Joannę Bojarską wynika, że dyrekcja muzeum, wbrew wcześniejszym oświadczeniom, doskonale zdawała sobie sprawę z charakteru wystawy.
- Ani w zachowanej dokumentacji, ani w pamięci osób zajmujących się kwestiami niemieckimi nie odnajdujemy żadnego śladu wskazującego na to, że takie działania były podejmowane. Natomiast mogę stwierdzić, iż ministerstwo wyrażało negatywną opinię odnośnie do prośby o użyczenie zdjęć - podkreślił Piotr Paszkowski, rzecznik prasowy MSZ.
Jesienią 2005 r. Wilfried Rogash i Katherine Klotz w imieniu firmy Sammlungsmanagement und Ausstellungen z siedzibą w Berlinie zgłosili się z prośbą o możliwość przeprowadzenia kwerendy do wystawy "Wymuszone drogi. Ucieczki i wypędzenia w Europie XX w.", gwarantując rzetelność w podejściu do tematu. W maju 2006 r. firma ta, występując już jednak w imieniu Centrum przeciwko Wypędzeniom reprezentowanym przez Erikę Steinbach, zwróciła się o wypożyczenie na wystawę dwóch obiektów. Muzeum wyraziło zgodę 8 sierpnia 2006 roku. Eksponaty te zostały jednak wycofane już 11 sierpnia ze względu na stronniczy i rewizjonistyczny charakter wystawy. Według dyrekcji placówki, w podpisanej z fundacją umowie była wprawdzie zgoda tak na fotografowanie obiektów, jak i ich upowszechnianie, ale pod warunkiem udzielenia przez muzeum zezwolenia. "Fakt, iż fotografie są upowszechniane, jest pogwałceniem naszych umów" - napisała w przesłanym do "Naszego Dziennika" oświadczeniu dyrektor Joanna Bojarska.
Tymczasem Wilfried Rogasch, szef wystawy Eriki Steinbach zatytułowanej "Wymuszone drogi - ucieczki i wypędzenia XX wieku", pokazywanej obecnie w Stuttgarcie, początkowo zapewniał w dość luźnej rozmowie z "Naszym Dziennikiem", że zawsze dobrze mu się współpracowało z polskimi muzealnikami. Ton rozmowy zmienił się, gdy zapytaliśmy o pochodzenie zdjęcia pokazywanego na ekspozycji, pod którym widnieje podpis, iż pochodzi ze źródeł Muzeum Historycznego m.st. Warszawy. Rogasch natychmiast przestał być rozmowny i odpowiedział, że nie zamierza na ten temat rozmawiać z przedstawicielami polskiej prasy. Stwierdził, że za czasów premiera Jarosława Kaczyńskiego polska prasa została tak negatywnie nastawiona do wystawy prezentowanej przez Związek Wypędzonych i Erikę Steinbach, iż on nie zamierza dyskutować z jej przedstawicielami na żaden temat. - Jeżeli ktokolwiek z pracowników Muzeum Historycznego chce się czegoś dowiedzieć od twórców ekspozycji na temat wystawionych zdjęć, to niech napisze oficjalne pismo, a wtedy na pewno odpowiemy. Nie zamierzam jednak korzystać z przedstawicieli polskich mediów jako pośredników w takich sprawach - powiedział nam Rogasch i zakończył rozmowę.

Nie możemy milczeć
Zdaniem dr. Mieczysława Ryby, sprawa jest polityczna od samego początku i nie da się od tego uciec. - Pamiętajmy, że pani Steinbach jest w parlamencie niemieckim oraz że funkcjonuje w różnych niemieckich projektach historycznych. Brak reakcji państwa na poziomie państwowym polskim czy na poziomie innych instytucji, które są odpowiedzialne za pamięć historyczną Polaków, nie tylko niczego nie załatwia, ale wzmaga pewien problem w tym obszarze - ocenił historyk. Jeżeli zatem prawdą jest, iż w sposób nielegalny wykorzystano czy skopiowano muzealne obiekty, nie ma powodu, ażeby nie zareagować adekwatnie do sytuacji. Milczenie w tego rodzaju sprawach powoduje jedynie nasilanie się pewnego trendu, zmierzającego w kierunku rewizji historii.
Anna Wiejak
Współpraca Waldemar Maszewski
"Nasz Dziennik" 2008-06-19

Autor: wa