Krytycy stolika, fani wodza
Treść
Gdy słuchało się niedzielnego wystąpienia Donalda Tuska, nasuwało się ważne pytanie: z kim Platforma Obywatelska zamierza rządzić, jeśli już uda jej się spełnić postulat odsunięcia od władzy obecnej koalicji z Prawem i Sprawiedliwością na czele? Szef partii wypowiedział się zdecydowanie przeciw porozumieniu z SLD. Wezwał natomiast do budowy ruchu społecznego na rzecz zmiany władzy. W swoim przemówieniu na otwarcie krajowej konwencji Platformy Obywatelskiej skoncentrował się na atakowaniu rządzącej koalicji.
W wystąpieniu szefa PO praktycznie nie było nowych elementów. Pojawiły się żądania ujawnienia akt dotyczących Samoobrony, przeprosiny dla zawiedzionych "milionów Polaków" połączone z zapewnieniem, że żadnej przegranej Platforma już nie poniesie. I choć Tusk wciąż podkreślał, że konieczna jest nadzieja Polaków, a raczej "zdrowa złość" - i to właśnie w Platformie Obywatelskiej powinna się ona koncentrować, z jego wystąpienia wynikało też, że partia praktycznie straciła zdolność koalicyjną. Chce bowiem odsunąć od władzy PiS z jego koalicjantami (w sobotnim wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Jan Rokita de facto wykluczył możliwość porozumienia się w przyszłości z braćmi Kaczyńskimi), a z drugiej strony wyklucza sojusz z SLD.
- PO powstała po to, aby SLD nie rządził Polską i kiedy mówiliśmy: "koniec z państwem Leszka Millera", to mówiliśmy to serio - powiedział Tusk.
Szef Platformy wciąż atakował rządzących, m.in. za "zakończony pełnym sukcesem atak na telewizję". Ciekawe, że nie przeszkadzała mu sytuacja, w której prezes TVP Jan Dworak był jednocześnie członkiem jego partii, a szef telewizyjnej "Jedynki" Maciej Grzywaczewski spędzał z szefem PO trzytygodniowe wczasy narciarskie. Wówczas obecność w zarządzie TVP ludzi jednoznacznie kojarzonych politycznie nie była zamachem na wolność publicznych mediów (dziś dwóch członków zarządu jest jednocześnie w jakiejś partii - Sławomir Siwek w PiS, a Piotr Farfał w LPR).
Poważnym zarzutem wobec rządzącej koalicji były też słowa, że "stoi, jak stał stolik polityków, biznesu i służb", o którym kiedyś często mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński.
- Dziś ten sam stół, rozdający przywileje i pieniądze w spółkach Skarbu Państwa, zagarniający kolejne przestrzenie życia publicznego, kolejne przestrzenie prywatności, ten stół stoi równie mocno, a może nawet mocniej niż wtedy, gdy go ustawił Leszek Miller - powiedział lider Platformy. Wśród osób siedzących za tym stołem wymienił liderów trzech partii koalicyjnych i prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Stępione ostrze krytyki
Mimo że konwencja miała być swego rodzaju podsumowaniem i wyciągnięciem wniosków z dwóch przegranych poniesionych w wyborach poprzedniej jesieni, nie było wielu chętnych do krytyki władz. Wcześniej skład delegatów został niebywale skutecznie wyczyszczony z oponentów. Pojawili się co prawda wykluczeni w ubiegłym tygodniu działacze z Warszawy, ale ich głos nie brzmiał już tak skutecznie, jak mógłby brzmieć jeszcze tydzień temu.
Jan Artymowski, były szef partyjnej młodzieżówki i przyjaciel także wyrzuconego z PO Pawła Piskorskiego, w swoim wystąpieniu zarzucił Platformie, że stała się partią wodzowską. Inny z wykluczonych, Sławomir Potapowicz, mówił, że Platforma zaczyna być budowana na fundamencie "pomówień i donosów".
Nietrudno było odnieść wrażenie, że w cenie jest hołubienie Tuska, chociaż nie był on jedynym kandydatem na przewodniczącego. Oprócz niego do rywalizacji stanął tylko - bez szans na sukces, ale nieoczekiwanie - Andrzej Machowski, burmistrz warszawskiego Ursynowa, rzecznik byłego prezydenta stolicy Pawła Piskorskiego. Dość niespodziewanie dostał aż 97 głosów i choć Tusk - używając języka bokserskiego - znokautował go 533 głosami, jest to na pewno policzek dla najwyższych władz PO. Machowski protestował natomiast, podobnie jak wielu delegatów, którzy opowiedzieli się przeciwko nowemu statutowi partii, bo jego zdaniem sposób kierowania Platformą ma coraz mniej wspólnego z demokracją. Wyznał też, że wcześniej nie ujawniał woli kandydowania, by... nie zostać wyrzuconym z partii.
Jeszcze w marcu wydawało się, że Tusk będzie miał groźniejszego konkurenta (do kandydowania przymierzał się Bronisław Komorowski), ale do konfrontacji nie doszło. Konwencja miała być pokazem jedności w przededniu wyborów samorządowych, co jednak dzięki Machowskiemu, Potapowiczowi i grupie blisko stu delegatów nie powiodło się Tuskowi.
- Musimy uchronić lokalne nadzieje i obywatelskie pieniądze przed setkami mniejszych Lepperów i Giertychów - apelował Tusk i pojawienie się znacznego sprzeciwu przekuwał w sukces, dowodząc, że PO pokazała, iż wcale nie jest partią wodzowską.
Machowski w swoim wystąpieniu przypomniał, że od 2001 r., gdy powstała PO, z ugrupowania odeszli Andrzej Olechowski, Zyta Gilowska, Maciej Płażyński, teraz wyrzucono Pawła Piskorskiego.
- Kogo zabraknie na następnej fotografii? - pytał.
Wydaje się, że jeśli wybory samorządowe nie zakończą się poważnym sukcesem PO, to kolejne zdjęcie może być dużo uboższe.
Mikołaj Wójcik
"Nasz Dziennik" 2006-05-22
Autor: ab