Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Kluczowe decyzje podejmą za zamkniętymi drzwiami

Treść

Z prof. Anthonym Coughlanem, emerytowanym wykładowcą w Katedrze Polityki Społecznej w Kolegium Trójcy w Dublinie, dyrektorem The National Platform EU Research and Information Centre oraz przewodniczącym Fundacji na rzecz Demokracji w UE, rozmawia Anna Wiejak
Powiedział Pan, że traktat lizboński ustanowi nową Unię Europejską. Wielu się obawia, iż będzie on stanowił krok dla dalszej, niekontrolowanej centralizacji władzy w rękach wąskiej grupy polityków...
- Bo tak jest. Zaproponowana uproszczona procedura rewizji traktatu pozwoliłaby Radzie Europejskiej jednogłośnie zmieniać sposób podejmowania decyzji w Unii z jednomyślności na kwalifikowaną większość głosów w traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, w którym zasadniczym kryterium podejmowania decyzji w sprawach legislacyjnych jest liczba ludności. Zatem mogłoby dojść do sytuacji, w której można by było doprowadzić do wzmocnienia sił decyzyjnych Unii, wszystko jednak zależałoby od woli politycznej. Dotychczas to zgromadzenie parlamentarne ustanawiało prawa, a to ulegnie zmianie z chwilą ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Były prezydent Niemiec Roman Herzog napisał w zeszłym roku artykuł, w którym podał, że cztery piąte nowych zapisów w niemieckim prawie pochodzi z Brukseli, jedna piąta jest uchwalana w kraju. Udział praw unijnych w prawie krajowym różni się w zależności od państwa, lecz z powodzeniem można stwierdzić, że w ogólnym rozrachunku z Brukseli pochodzi dwie trzecie zmian prawnych.
Dla przykładu: posiedzenia Rady Europejskiej odbywają się obecnie w formie regularnie organizowanych szczytów (cztery w roku). Sama Rada nie stanowi obecnie unijnej instytucji, nie posiada żadnego formalnego i gwarantowanego prawem statusu. Traktat lizboński to zmieni, nadając jej ten sam status, jakim cieszy się chociażby Europejski Trybunał Sprawiedliwości czy Komisja Europejska. Zatem podejmowane przez nią decyzje będą podlegały weryfikacji przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości.
To niesamowite, że politycy przyjęli ten traktat, nie znając jego zapisów ani konsekwencji, jakie ze sobą niesie. Także poziom świadomości wśród obywateli jest bardzo niski. Co ciekawe, dokumentem tym nie interesują się również prawnicy.
Jest to klasyczny przykład federalnej konstytucji, 95 proc. jego zapisów pochodzi z odrzuconego traktatu konstytucyjnego.
Czy powinniśmy się obawiać, że po implementacji zapisów traktatu lizbońskiego do prawodawstwa poszczególnych państw członkowskich staniemy się świadkami dalszego niekontrolowanego rozwoju w kierunku czystej oligarchii?
- Cóż, oligarchię to my mamy już teraz. Rada Ministrów, która w danym kraju chce przeprowadzić zmiany, musi uzyskać akceptację większości członków narodowego parlamentu. Natomiast po wprowadzeniu w życie traktatu lizbońskiego i przekazaniu tej władzy do Brukseli polski minister będzie jednym z dwudziestu siedmiu ministrów w zgromadzeniu legislatorów, co już jest klasyczną oligarchią. Być może stąd tak wielkie poparcie dla traktatu na szczeblu politycznym. Obecnie Parlament Europejski może wprowadzać poprawki do tekstów unijnych ustaw, może też je inicjować.
Pachnie to trochę totalitaryzmem...
- Tak. Cóż, z pewnością nie jest demokratyczne, ponieważ odbiera się Parlamentowi Europejskiemu inicjatywę ustawodawczą, ograniczając jego rolę do proponowania samych poprawek, natomiast kluczowe decyzje podejmując za zamkniętymi drzwiami podczas ministerialnych posiedzeń. Cały postlizboński system to bardzo nietypowe zestawienie prawnych rozwiązań.
Niektórzy argumentują, że traktat lizboński zwiększy rolę parlamentów narodowych.
- Traktat w domyśle podkreśla podrzędną rolę parlamentów narodowych w instytucjonalnej strukturze Unii Europejskiej poprzez zapis mówiący, że uczestniczą one w sposób aktywny we właściwym funkcjonowaniu Unii, stosując środki, które zostały wymienione w artykule 12 poprawionego traktatu o Unii Europejskiej. Pod pretekstem zwiększenia roli parlamentów narodowych traktat lizboński w zasadzie instytucjonalizuje ich podległość poprzez wyznaczenie im ograniczonej roli w nowych strukturach unijnych. Narodowe parlamenty będą informowane o szkicach proponowanych aktów legislacyjnych oraz uprawnione do dokonywania ich oceny. Jednakże chociaż Komisja jest zobowiązana przeprowadzić rewizję zapisów z chwilą, kiedy sprzeciw wobec nich wyrazi co najmniej jedna trzecia parlamentów państw członkowskich, jednocześnie ma ona prawo kontynuowania procedury legislacyjnej bez konieczności wprowadzania poprawek, jeżeli dokument zostanie przegłosowany kwalifikowaną większością głosów. Wprawdzie parlamentom przysługiwałoby prawo odwołania się do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, uprawnionego do rozstrzygania tego typu sporów, ale marna to pociecha, szczególnie wobec faktu utraty demokracji.
Czy powinniśmy się obawiać o naszą narodową tożsamość?
- Raczej nie. Przecież kiedy Polska była pod zaborem pruskim czy rosyjskim, Polacy nie utracili swojej tożsamości, ponieważ posługiwali się narodowym językiem i krzewili narodową kulturę. Powinniśmy się za to martwić o niepodległość i demokrację, które państwa członkowskie utracą z chwilą wprowadzenia w życie traktatu lizbońskiego.
Czy zgodziłby się Pan ze stwierdzeniem, że celem frakcji "Libertas" Declana Ganleya jest podzielenie i rozdrobnienie opozycji?
- Nie jestem członkiem grupy pana Ganleya, ale go znam, i uważam, że jeżeli podsumować jego dokonania, to jego wkład w wynik ostatniego referendum traktatowego w Irlandii jest duży. Chciał on też utworzyć podobne grupy w innych państwach członkowskich Unii, aby podnieść kwestię ratyfikacji traktatu jeszcze przed wyborami. Wydaje mi się, że pan Ganley jest zdecydowanie uniofilem i eurofederalistą bardziej, niż sam bym się na to odważył. Wcale nie jest przeciwnikiem UE, co mu zarzucają. Uważa on, że dobrze jest mieć Unię, ale o bardziej demokratycznym obliczu. Lepiej jest mieć Wspólnotę rządzoną przez ludzi wybranych przez społeczeństwa niż niewybieralnych, a rządzących. Z jednej strony dobrze mieć bardziej demokratyczny system, z drugiej jednak otwarte pozostaje pytanie, czy na poziomie ponadnarodowym w ogóle jest możliwa demokratyzacja. Swoją drogą to niesamowite, w jaki sposób w ciągu około sześćdziesięciu lat Unia Europejska zmieniła się w federację. Deklaracja Szumana z 1950 roku, której ogłoszenie świętuje się 9 maja, stanowiła pierwszy krok do federalizacji.
Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2009-03-14

Autor: wa