Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Kłamca po raz drugi

Treść

Józef Oleksy był świadomym i tajnym współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa w okresie PRL - orzekł Sąd Lustracyjny we wczorajszym wyroku kończącym drugi proces byłego premiera. Oznacza to, że obecny marszałek Sejmu i szef SLD skłamał w swoim oświadczeniu lustracyjnym. Według Rzecznika Interesu Publicznego Bogusława Nizieńskiego, ten wyrok odpowiada prawdzie. Oleksy zapowiedział złożenie odwołania.
Jak wynika z ustnego uzasadnienia wyroku, odczytanego przez sędziego Rafała Kanioka, w 1970 r. Oleksy został zwerbowany jako wywiadowca Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego - specjalnej jednostki rozpoznawczej Ludowego Wojska Polskiego. Przez następne cztery lata uczestniczył w kilkudziesięciu spotkaniach z oficerami AWO. W 1973 r. miał on odbyć szkolenie wywiadowcze. W następnym roku zaproponowano zmianę struktur, z czego Oleksy nie skorzystał, obawiając się ujawnienia współpracy z wywiadem wojskowym. W 1978 r. został wyrejestrowany z listy współpracowników.
Według ustaleń sądu, Oleksy wielokrotnie przekazywał dane personalne i listy osób, m.in. proponowanych do współpracy z AWO, sprawozdania z wyjazdów na Zachód, dane osób z zagranicy, z którymi się kontaktował. Dwukrotnie otrzymywał wynagrodzenie. Jak podkreślił sędzia Kaniok, te wszystkie dane pozwalają na "kategoryczne stwierdzenie", że Oleksy był świadomym współpracownikiem, a co za tym idzie, jego oświadczenie lustracyjne jest nieprawdziwe. Według sądu, AWO umieszczone w strukturze Sztabu Generalnego stanowiło ogniwo organów bezpieczeństwa państwa, a Oleksy przekazywał jego funkcjonariuszom wiele informacji przydatnych tym służbom.
W dalszej części uzasadnienia wczorajszego orzeczenia Sąd Lustracyjny szeroko uzasadnił nietrafność argumentacji podnoszonych podczas procesu przez obrońców. Według sądu, Oleksy "nie mógł nie wiedzieć", że jego działania stanowią świadomą współpracę ze służbami specjalnymi PRL. Jeśliby nawet dopuścić taką nieświadomość, to i tak - zdaniem sędziego - powinien on ujawnić fakt współpracy z AWO w oparciu o inny przepis ustawy. Za nierealne sąd uznał twierdzenia adwokatów o rzekomym fałszowaniu przez różnych oficerów AWO na przestrzeni kilku lat raportów mówiących o Oleksym jako współpracowniku. Składając oświadczenie lustracyjne w oparciu o informacje uzyskane od MSW, nie mógł też popełnić usprawiedliwionego błędu. Odpowiedź ministra spraw wewnętrznych nie była błędna, ponieważ pytanie dotyczyło szkolenia, które przeszedł Oleksy. Ono nie posiada charakteru tajnej współpracy.
- Ten wyrok odpowiada prawdzie - podkreślił Bogusław Nizieński, Rzecznik Interesu Publicznego, po ogłoszeniu orzeczenia. - Bez względu na to, jaki w tej chwili komentarz do tego daje pan marszałek Oleksy, który nie uszanował sądu i nie wstał, kiedy sąd opuszczał salę rozpraw, co jest naprawdę jakimś grubym nieporozumieniem - dodał.
- To jest farsa - oznajmił w emocjonalnym komentarzu Józef Oleksy. - Wszystko to, co zostało tu powiedziane, jest politycznym zwycięstwem Bogusława Nizieńskiego, zostały bowiem powtórzone w
90 proc. sformułowania pana Nizieńskiego sprzed pięciu lat - kontynuował, zarzucając sądowi nieuwzględnienie wielu dokumentów i argumentów mających świadczyć na jego korzyść.
- Ta sprawa kosztowała nas wiele pracy. Cieszę się, że sąd ją sprawiedliwie ocenił. Tak po prostu było, pan Oleksy zataił to, że współpracował z wywiadem wojskowym PRL - powiedział później Nizieński. - W III RP sądy nie wydają wyroków politycznych, w przeciwieństwie do PRL - dodał, oburzając się na słowa szefa SLD.
Oleksy zapowiedział rychłe wniesienie odwołania od wyroku oraz domaganie się ujawnienia i odtajnienia materiałów dotyczących sprawy. Kategorycznie odrzucił możliwość rezygnacji z funkcji marszałka Sejmu.
Tymczasem po wczorajszym wyroku zdecydowanie domaga się tego opozycja. PiS chce, aby wniosek o odwołanie Oleksego rozpatrzył Konwent Seniorów na pierwszym posiedzeniu w nowym roku. Rezygnacji marszałka domaga się również Antoni Macierewicz (RKN), którego zdaniem wyrok sądu lustracyjnego jest sprawiedliwy i jedyny, jaki mógł zapaść, biorąc pod uwagę wiarygodność materiału dowodowego zgromadzonego przez Rzecznika Interesu Publicznego.
Zakończony wczoraj proces lustracyjny Oleksego był drugim z kolei. W jego ramach odbyło się ponad 50 rozpraw, co jest rekordem w tego typu postępowaniach. Pierwszy proces byłego premiera rozpoczął się w listopadzie 1999 r., a rok później sąd I instancji uznał go za winnego kłamstwa lustracyjnego. W 2001 r. sąd II instancji wyrok ten uchylił i zwrócił do ponownego rozpatrzenia. Oleksy wielokrotnie stwierdzał, że był jedynie oficerem rezerwy i wykonywał powinność wojskową. Marszałek powiedział również, że swego czasu (w 1997 r.) pytał szefa MON Stanisława Dobrzańskiego, co ma wpisać w ankiecie lustracyjnej, a ten doradził mu, by się nie przyznawał, "bo nie ma do czego". W przypadku prawomocnego uznania Oleksego za kłamcę lustracyjnego przez 10 lat nie będzie on mógł sprawować publicznych funkcji, m.in. mandatu posła, co równałoby się jego śmierci politycznej. Dlatego też obrońcy polityka prześcigali się w zgłaszaniu wniosków, które opóźniały tok procesu. Próbowali m.in. wyłączyć ze sprawy rzecznika Nizieńskiego za rzekome spowodowanie przecieku do prasy i wynikający z tego brak obiektywności. Gdy okazało się, że prawo nie dopuszcza takiej możliwości, adwokaci chcieli, by tymi przepisami zajął się Trybunał Konstytucyjny, co zakończyło się fiaskiem. Inną kwestią była sprawa domniemanej zamiany dokumentów w teczce z dowodami w procesie Oleksego. Śledztwo w tej sprawie prowadzi warszawska prokuratura wojskowa. Z uwagi na to, że jest to wyrok nieprawomocny, należy się spodziewać, że lustracja Oleksego potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy, ponieważ oprócz apelacji do II instancji należy się spodziewać także odwołania strony przegranej do Sądu Najwyższego.
Zenon Baranowski



Lewica boi się lustracji
Józef Oleksy nie jest jedynym przedstawicielem SLD, który ma problemy z przeszłością. Właśnie ze środowiska postkomunistów wywodzi się najwięcej osób uznanych za kłamców lustracyjnych. Dlatego też nie dziwią próby SLD zablokowania lustracji; od samego początku wywoływała ona awersję wśród postkomunistów. Kiedy w 1997 roku trwały prace nad ustawą lustracyjną, politycy tej opcji twierdzili, że najwięcej tajnych współpracowników służby werbowały spośród opozycji. Ale czas pokazał, że nie jest to prawda. Jak dotąd to głównie politycy wywodzący się z dawnej PZPR są w grupie kłamców lustracyjnych. Wystarczy wymienić nazwiska byłych posłów SLD: Wita Majewskiego, Tadeusza Matyjka. Za kłamcę lustracyjnego został uznany przez Sąd Lustracyjny II instancji także Jerzy Jaskiernia. SLD próbował wszelkimi sposobami zablokować procesy lustracyjne. Zaczęło się od ataków na Rzecznika Interesu Publicznego - sędziego Bogusława Nizieńskiego. Tu w sukurs postkomunistom przyszła "Gazeta Wyborcza", która nazwała go "politycznym sojusznikiem UB i SB". Później była nowelizacja ustawy lustracyjnej. W 2003 roku głosami SLD, UP i Samoobrony przeforsowano wyłączenie z procesu lustracyjnego wywiadu, kontrwywiadu i służby ochrony granic PRL. To spowodowało zawieszenie trzydziestu sześciu procesów, w tym sprawy Józefa Oleksego. Doszło wówczas do takich paradoksów jak w przypadku Sławomira Wiatra, ministra w rządzie Millera, który najpierw przyznał się do tajnej współpracy, a później złożył oświadczenie, że nie był tajnym współpracownikiem. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że nowelizacja była niezgodna z Konstytucją, i powrócono do pierwotnej wersji lustracji.
Sprawa tajnych współpracowników służb komunistycznych wyszła także przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Postkomuniści chcieli, aby ta kwestia w ogóle nie była brana pod uwagę, jednak opozycji udało się przegłosować zapis w ordynacji wyborczej, że kandydaci do europarlamentu mają złożyć oświadczenie lustracyjne. W przypadku kłamstwa nie przewidziano jednak żadnych konsekwencji. DaP

"Nasz Dziennik" 2004-12-23

Autor: kl