Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Kierował nimi strach

Treść

Kilka miesięcy temu czołowy poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej Tadeusz Iwiński powiedział, że z jednej strony jest obietnica jego partii, że wybory będą na wiosnę, a z drugiej jest rzeczywistość. To złota myśl w pełni oddająca mechanizm myślenia lewicy. Niespodzianki w głosowaniu sejmowym nie było i wybory parlamentarne będziemy mieli w konstytucyjnym, jesiennym terminie. Debata zgodnie z oczekiwaniami była mieszaniną argumentów opozycji o braku honoru u rządzących, zapewnień lewicy o domniemanych sukcesach ostatnich czterech lat i przerzucania się populistycznymi treściami nie mającymi nic wspólnego z tematem debaty.

Sejm debatował nad trzema, niemal identycznymi, projektami uchwał w sprawie skrócenia kadencji Sejmu autorstwa Ligi Polskich Rodzin, Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Zgodnie z art. 98 ust. 3 Konstytucji RP "Sejm może skrócić swoją kadencję uchwałą podjętą większością co najmniej 2/3 głosów ustawowej liczby posłów". Do sukcesu opozycji potrzeba było więc 307 głosów i było pewne, że decydujący głos w tej sprawie będzie miał największy klub w Sejmie, czyli SLD, mający 151 posłów. Co prawda 460 minus 151 to 309 (ten argument podawali liderzy SLD celem udowodnienia, że demagogią jest twierdzenie, iż bez Sojuszu nie można skrócić kadencji), ale wiadomo było, że ramię w ramię z SLD idą koła poselskie Unii Pracy (14 posłów) i Stronnictwa Gospodarczego (11 posłów), a także spora grupa posłów niezrzeszonych wywodzących się z SLD. To odbierało faktyczną nadzieję na sukces któregokolwiek z trzech projektów uchwały.

Głosowanie bez honoru
Uzasadnienia do zgłoszonych projektów przedstawiali liderzy trzech klubów opozycyjnych. Roman Giertych (LPR) skupił się na udowodnieniu komunistycznego i moskiewskiego rodowodu SLD i przekonywał, że jak najszybciej trzeba skończyć z "grupą trzymającą władzę", której istnienie udowadniają prace sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen. Jarosław Kaczyński (PiS) stwierdził, że Polska zasługuje na parlament, który się nie ośmiesza, a "gdy prawda jest szanowana", nie potrzeba dłuższej dyskusji czy uzasadnienia postulatu skrócenia kadencji. Wreszcie Donald Tusk (PO) mówił do posłów SLD, że gdyby zechcieli kierować się "honorem, rozumem, patriotyzmem i poczuciem wstydu", to podnieśliby ręce za samorozwiązaniem Sejmu. Mówił też, że dzisiejsza sytuacja pokazuje, jak trudno na tej sali mówić poważnie o sprawach Polski.

Wygodny Nowak
Uwaga Tuska odnosiła się do kolejnej demonstracji posła Zbigniewa Nowaka, który z dużą częstotliwością pokazuje się w czasie transmisji sejmowych za plecami przemawiających, demonstrując tablicę z adresem swojej strony internetowej. Oburzona opozycja zażądała interwencji marszałka Włodzimierza Cimoszewicza, który przyznał, że... nic nie może zrobić. Warto przypomnieć, że gdy na sali sejmowej w sprawie prywatyzacji STOEN-u protestował Gabriel Janowski, marszałek zdecydował się użyć wobec niego siły. Tym razem reakcji nie było (po przerwie poseł Nowak tylko na pewien czas zniknął z krajobrazu mównicy). Prawdopodobnie dlatego, że tym razem poseł nie skupiał się na atakowaniu lewicy, a polityków PiS.

Populista Janik
Przemawiający w imieniu SLD Krzysztof Janik stwierdził, że "tylu kłamstw demagogii, populizmu i prostactwa" dawno nie słyszał. Prawdopodobnie dlatego, że mówił te słowa na początku swojego wystąpienia. Okazało się bowiem, że "nie ma merytorycznych argumentów za skróceniem kadencji". Nie zabrakło oczywiście podkreślania "sukcesów" w postaci walki z bezrobociem, propagowania Narodowego Programu Rozwoju i oszczędności w budżecie państwa.
- Niech Pan posłucha samego siebie, gdy mówi, że "nic, co mówi opozycja, nie jest prawdą" - podsumował słowa Janika Jan Rokita (PO). Pytał szefa klubu SLD, co z takich rzeczy, jak istnienie rządu bez większości czy fatalnych dla Sojuszu wyników w sondażach, jest "chamstwem, prostactwem i przekłamaniem".

Strach lewicy
Ludwik Dorn (PiS) skupił się na innych słowach z wystąpienia Janika, który powiedział w stronę opozycji, że "strach jej oddać władzę". - Ktoś, kto się lęka, nie wie, czego się boi, ale ktoś, kto odczuwa strach, dobrze to wie - mówił. - I dobrze, że wiecie, co was czeka - dodał.
Waldemar Pawlak (PSL) argumentował, że "chaos w stanowieniu prawa, brak kontroli nad rządem i utrata możliwości kierowania Sejmem" to wystarczające argumenty za skróceniem kadencji. Marek Borowski (SdPl) znalazł tylko jeden argument - budżet. - Wybory na wiosnę to rzecz ważna dla stabilności państwa - stwierdził, choć złośliwi komentowali, że jego klub poparł wnioski opozycji, by "nie stracić twarzy", a potem móc kreować się na "uczciwą lewicę".

Atrapa władzy
Andrzej Lepper (Samoobrona) i Marek Kotlinowski (LPR) stanowczo opowiedzieli się za skróceniem kadencji i zmianą układu rządzącego, podkreślając, by nie był to "układ liberalny marszałka Tuska", a rządził "w kategoriach polskiej racji stanu". Jan Łopuszański z Porozumienia Polskiego podkreślił, że skrócenie kadencji niewiele zmieni, jeśli do wyborów nie pójdzie szeroka koalicja prawicowa. Przemawiający w imieniu kół Ruchu Katolicko-Narodowego, Ruchu Odbudowy Polski i Domu Ojczystego Antoni Macierewicz stwierdził, że skrócenie kadencji może doprowadzić do tego, by "spuścizna okupacji sowieckiej dłużej nie trwała i nie jątrzyła". - Jeśli to się uda i czas SLD i środowiska postkomunistycznego w Polsce minie, to już zadanie będzie wykonane - mówił. - Wy już nawet władzą nie jesteście, tylko służycie jako atrapa dla niej - dodał, zwracając się do posłów SLD.
Ostatecznie w trzech głosowaniach za skróceniem kadencji opowiedziało się 255 posłów (dwukrotnie "za" głosowało 253 posłów), przeciw było za każdym razem 172. Oznacza to, że kadencja Sejmu zakończy się konstytucyjnie, a więc po raz ostatni zbierze się mniej więcej w październiku. Sytuacja mogłaby ulec zmianie tylko wówczas, gdyby prezydent przyjął dziś dymisję rządu Marka Belki.
Mikołaj Wójcik

"Nasz Dziennik" 2005-05-06

Autor: ab