Jeszcze o wiszeniu
Treść
Nie jest jednak tak źle! Każdy dzisiaj chce wisieć – w sieci, na stronie, w portalu – a jeszcze lepiej – na plakatach, na bilbordach, na autobusach, wewnątrz metra. Być blisko ludzi, towarzyszyć ich życiu – ze spojrzeniem czarującym, refleksyjnym, z uśmiechem. Stać się częścią publicznej przestrzeni, publicznego dyskursu. Być na topie. Im mocniej, tym ma się większą cenę. Rozpoznawalność i marka sprawiają, że dzisiaj wiszenie stało się komercją. Nie każdy może tak zawisnąć. Procedura nie jest łatwa – czasami może nawet bardziej bezwzględna niż… proces Pana Jezusa. Bo nie wiadomo kto, gdzie, kiedy, jak, za co decyduje. Paradoksalne jest to, że wielu chce zawisnąć nie wiedząc, że to wyrok! Tak to się dzisiaj porobiło! Nawet duchowni, siostry zakonne chcą wisieć – na plakatach, na stronach, na youtubie. Wiszą z tekstami, refleksjami, wypowiedziami, propozycjami, ze swoją osobowością – ze słowem swoim i Bożym. Bo wiszenie stało się obecnie warunkiem istnienia. Każdy jest tak zabiegany i zajęty, że tylko zauważa wiszących. I te czyni to na moment. Więc potrzeba zawieszać znowu – inaczej, innych. Ruchowi na dole odpowiadać musi ruch zawieszeń – oczywiście z towarzyszącym mu ruchem zdejmowań. To dalsza konsekwencja tego dramatycznego procesu. Zdjęty zostaje natychmiast zapomniany, nieraz wręcz zadeptany dalej toczącym się życiem. Ale i samo zawieszenie oznacza koniec. Tak jak jest upragnione, tak też – z samej swej natury – oznacza śmierć, bowiem
Wszystko niszczeje
Lecz wszystko niszczeje
Od wiszenia
Wszystko blaknie
I niszczeje
Co zostaje
To strach.
Tak nie można przecież
nigdzie więcej iść,
Nigdzie więcej
Iść.
Raz zawieszonym, zostaje się unieruchomionym. Przestaje żyć swoim życiem, a staje się częścią społecznej świadomości – a raczej powierzchowności by nie rzec obojętności. One są wszakże, nie wiedzieć czemu, drapieżne, niekiedy bezwzględne. Mają swoje wymagania. Widzą o tym dobrze wieszający. A wiszący? Niekoniecznie! Zachłysnąwszy się przywilejem wiszenia często nie zauważa, że tak wystawiony na nieustanny i dynamicznie zmieniany ogląd mas, pomału blaknie, niszczeje. Staje się hasłem, szybko wycierającym się sloganem, resztkami jakiejś nie do końca poznanej tożsamości, wołaniem, które natychmiast niknie przykryte innymi. Bo między wiszącymi jest walka – o uwagę, miejsce, czas i zasięg wiszenia. Rozmaici wiszący toczą tu wielką, sekretną i ukrytą wojnę. To już nie trzy krzyże tworzące na Golgocie dramatyczną harmonię, to setki – i to już nawet nie krzyżów – tylko punktów odniesień, ogłoszeń, apeli, akcji, projektów, zaproszeń. Mało kto przystaje z bólem i refleksją. To nieustanne wołanie – blaknące i nieustannie niszczejące, na swój sposób coraz bardziej straszne nie zwraca już niczyjej uwagi. Stało się częścią codzienności. Setki, tysiące nazwisk, życiorysów, tekstów, utworów nieustannie mielonych przez przemysł tak naprawdę jedynie zaspakajania ludzkich potrzeb. Bo do tego zostało ostatecznie sprowadzone wiszenie. A przecież nie można wciąż tylko chcieć innym dogodzić. Natychmiast się człowiek wyjaławia, zużywa, wypala – a więc nudzi i rozczarowuje. Pomagają mu inni – w pisaniu, w obecności, nawet nieco w wiszeniu. Ale on już dawno umarł. Żyje by wciąż utrzymać się w zawieszeniu, przyciągać uwagę, coś znaczyć. Gdyby tylko zapytać po co? – nie wiadomo, jaka mogłaby być odpowiedź. Może lepiej nie pytać. Samo wiszenie jest tak absorbujące. I utrzymanie się na topie – że nie ważne ani blaknięcie, ani niszczenie, ani nawet strach – że oto nie ma gdzie dalej iść, jest się uwięzionym. Taki wiszący musi do końca grać swoją rolę – zadaną przez tych, co powiesili, i co utrzymują przy wiszeniu.
Ich interesuje tylko uwaga ludzi: czy jeszcze się utrzymuje, czy nie. W tym celu na rozmaite sposoby pompują, pudrują, reanimują wiszącego – który już dawno przestał być sobą, zostając tylko mocno publiczną osobistością, znaną zasadniczo z tego, że wisi i ma nieustannie sporo odsłon, polubień, komentarzy.
Czy wiszenie musi być publiczną ekspozycją? W przypadku Pana Jezusa było właśnie tak – nawet, gdy zawisł „poza miastem” (Hbr 13,12), jednak pozostawał na widoku. W pewnym sensie jak taki pra-bilbord, wydający się ludzkiej ciekawości i żądzy sensacji. I właśnie od tego wiszenia ostatecznie się wyniszczył, wyblakł – z wykrwawienia, uduszenia, nade wszystko zaś z miłości. Tylko, że nikt Go nie podtrzymywał przy wiszeniu. Chodziło przecież o to, by zmarł. I wiedział o tym dobrze. Nie wisiał więc dla samego wiszenia, tym bardziej by być oglądanym. Raczej niemal wszyscy mu bliscy uciekli. Została garstka najbardziej miłujących – oraz tłum zwyrodnialców (nie licząc spełniających swój obowiązek żołnierzy…). Dlatego w dzisiejszym festiwalu zawieszeń, wiszeń, rozwieszeń czy podwieszeń raczej Jego zawiśnięcia nie widać. Było, jak na dzisiejsze czasy, mało spektakularne – i … mało dynamiczne, bo wciąż trwające, z tym samym, nieskończonym i niepojętym przesłaniem – zbyt głębokim i wzniosłym, by dotarło do zaśpieszonych przechodniów. Nic więc dziwnego, że zawieszenie Krzyża zdaje się przegrywać z innymi zawieszeniami, które są do niego łudząco podobne, ale nigdy nim nie będą.
To pytanie: po co? – zawisnąć, być wyeksponowanym, zwracać uwagę ludzi – jest więc kluczowe. Bo wiszenie Pana Jezusa nie było wydarzeniem komercyjnym – a jeśli już, to komercją wedle Bożej logiki: ogołocenia aż po śmierć, aby zyskać wszystkich (Flp 2, 7n, Hbr J 12,31). Dla ochrony takiego właśnie zawiśnięcia – tego prawdziwego, Pana Jezusa – tradycja monastyczna, a za nią św. Benedykt tak wielki nacisk kładzie na życie ukryte, „we wspólnocie w ramach klauzury klasztornej” (RB 4, 78) – czyli coś całkowicie przeciwnego przedstawionym powyżej współczesnym zawiśnięciom. Zawiśnięcie – tak, ale ukryte, zawstydzone, jeśli musi ktoś na nie spojrzeć. Zażenowane swym wyeksponowaniem, przez co więc chcące jak najszybciej wyblaknąć, wyniszczyć się – po prostu umrzeć. Ale to tak dosłownie, by już więcej nie wisieć, lecz trafić do grobu – bez żadnych dopompowań czy reanimacji. Bez polubień czy wielu miesięcy na topie. Takie jest wiszenie prawdziwe, i jedynie mające sens: by ostatecznie odejść i zostać zapomnianym – a przez to zostawić miejsce dla Pana Boga; dotrzeć do kresu, za którym jest tylko On, ze Swoją łaską, ze Zmartwychwstaniem – a nie nowe jeszcze ciekawsze i potencjalnie bardziej zyskowne zawiśnięcia, nowe odsłony, edycje czy promocje.
„Selfie z Regułą” to nowy cykl felietonów, których autorem jest Bernard Sawicki OSB, obecnie wykładowca w Papieskim Ateneum św. Anzelma w Rzymie i Koordynator Instytutu Monastycznego.
Źródło: ps-po.pl, 14 lutego 2018
Autor: mj
Tagi: Jeszcze o wiszeniu