Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Jestem coraz bardziej zmotywowany

Treść

Rozmowa z Adamem Małyszem, najlepszym polskim skoczkiem narciarskim

Krótkie wakacje już za Panem, wkracza Pan w okres przygotowawczy w pełni wypoczęty?
- Jak najbardziej. Wakacje były krótkie, ale spokojne i owocne. Wraz z rodziną byliśmy przez tydzień w Tunezji, gdzie większość czasu spędziliśmy na plaży, wygrzewając się w słońcu. Co ciekawe, mieszkaliśmy w hotelu, w którym nie było ani jednego Polaka, zatem nikt mnie nie rozpoznał i mogłem nacieszyć się anonimowością. W moim przypadku to rzadkość (śmiech).

Niespełna tydzień temu był Pan w Portugalii, gdzie na zjeździe Międzynarodowej Federacji Narciarskiej wybierano organizatora mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w roku 2011. Kandydatura Zakopanego, choć wydawało się niezła, nie znalazła uznania w oczach delegatów, dlaczego?
- Sam chciałbym wiedzieć. Było to o tyle dziwne, że nasza propozycja była naprawdę dobra, ciekawa, spotykała się z uznaniem. Wielu delegatów przychodziło do mnie, poklepywało i mówiło, że jest super, że odda na nas głos. A kiedy przyszło do konkretów, na Zakopane nie zagłosował nikt. O czym to świadczy? Ale i później ci sami ludzie poklepywali nas, nadal obiecując, że następnym razem już na pewno możemy na nich liczyć. Śmieszne.
Wygrało Oslo, które nie ma już certyfikatu na organizację Pucharu Świata w skokach. Stary obiekt musi być zburzony, ma powstać nowy. Rządząca partia zielonych nie chce się jednak zgodzić na inną lokalizację, słowem problemów jest sporo. Wciąż ubolewam, że w zarządzie FIS nie ma Polaka, na tym zjeździe wybierano trzech nowych członków, my nie wystawiliśmy żadnej kandydatury...

Przed Panem nowy sezon, w którym nowe będą nie tylko nadzieje i cele, ale i trener - Fin Hannu Lepistoe. Jak wrażenia po pierwszych zajęciach?
- Bardzo dobre. To starszy szkoleniowiec, bardzo spokojny, ustatkowany. Widać po nim, że jest pewny swego fachu, że wie, co robi. Nie mieliśmy co prawda za dużo wspólnych treningów, bo musiałem być w Portugalii, ale po rozmowie z nim jestem pozytywnie i optymistycznie nastawiony. Trener do każdego z nas będzie podchodził w indywidualny sposób, bo wychodzi z założenia - słusznego! - że każdy potrzebuje czegoś innego, bo jest inny. Po początkowych sprawdzianach będzie już wiadomo, nad jakim elementem dany zawodnik powinien mocniej pracować, jakiemu poświęcić więcej uwagi, co jest dla niego najważniejsze.
Trener Lepistoe stwierdził na przykład, że jestem bardzo podobny do znakomitego przed laty Matti Nykaenena, jeśli chodzi o dynamikę, siłę odbicia, sposób skakania. Ponoć mieliśmy zbliżone rezultaty pewnych testów, sprawdzianów. Szkoleniowiec dodał od razu, że wie, co ze mną zrobić oraz jak pracować, i to mnie ucieszyło i zmotywowało.

Zatem problem "brak motywacji" Pana już się nie będzie imał? Głód skakania pewnie jest spory, o kryzysie Pan nie pamięta?
- No tak, zresztą już pod koniec ubiegłego sezonu było dużo lepiej. Ważnym punktem było dla mnie zwycięstwo na Holmenkollen w Oslo, a więc tej skoczni, który ma zostać zburzona. Przyznam szczerze, że troszkę tego żałuję, ale dzięki temu już nikt nie odbierze mi tytułu "króla Holmenkollen" (śmiech).
A jeśli chodzi o kryzys, to mówiąc szczerze, aż tak źle wcale nie było. Bardzo trudne chwile przeżywałem, owszem, ale po olimpiadzie w Nagano. Byłem już wówczas praktycznie zdecydowany, że zakończę karierę, wiedziałem, co będę robił dalej. Na szczęście na tak radykalny krok się nie zdecydowałem...

Nie brakuje głosów sugerujących, że jest Pan już na tyle doświadczonym zawodnikiem, że wręcz nie potrzebuje trenera, że sam potrafiłby zadbać o jak najlepsze przygotowanie.
- Fajnie to ujął sam Lepistoe. Powiedział, że praca w Polsce jest dla niego wyzwaniem z kilku powodów. Z jednej strony są młodzi, zdolni zawodnicy, którzy muszą bardzo dużo trenować i pracować, ale są w stanie do czegoś dojść. Z drugiej jest - jak stwierdził - Małysz, mistrz, który już zdobył bardzo dużo. Jego zadaniem jest mnie zmotywować i on wie, że ja tego potrzebuję. A motywacja niesie ze sobą pracę, dobre trenowanie.
Oczywiście są sytuacje, w których pewne decyzje muszę podejmować sam. Jestem doświadczonym zawodnikiem i powinienem wiedzieć, kiedy odpuścić, zrezygnować ze startów, by w spokoju potrenować. Na pewno będziemy wszystko z trenerem konsultować, ale ufam mu w pełni.

Z jakimi nadziejami wejdzie Pan zatem w nowy sezon?
- Dużymi. Podobnie zresztą było, gdy zaczynaliśmy współpracę z trenerem Heinzem Kuttinem. Od razu dodam - jestem z niej bardzo zadowolony, Austriak to naprawdę dobry fachowiec, sporo mu zawdzięczam. Wiem, że chciał jak najlepiej, ale nie wszystko się udało. Jak to w życiu. Został popełniony błąd, zresztą w rozmowie doszliśmy do pewnych wspólnych wniosków. Niby było dobrze, skoki wyglądały normalnie, wydawało się, że nic złego się nie dzieje, a jednak nie leciałem. Pod koniec sezonu, gdy wróciła świeżość, motywacja, gdy lądowałem na podiach Pucharu Świata, moje skoki na pierwszy rzut oka wcale nie były diametralnie lepsze, a jednak odległości były dużo większe.
Oczywiście, każda zmiana niesie ze sobą coś nowego, dla sportowca jest jakimś impulsem, bodźcem. Będziemy próbowali czegoś innego, wprowadzimy nowe elementy do treningów. To też jest mobilizujące i motywujące.

Liczy Pan, że koledzy z kadry zaczną wreszcie do Pana równać, że konkurencja wzrośnie?
- Ja myślę, że konkurencja jest i to całkiem niezła. Robert Mateja został przecież mistrzem Polski, Kamil Stoch robi nieustanne postępy, są i inni. W Polsce rywalizujemy ostro, inaczej jest, niestety, na Pucharze Świata. A przecież Roberta czy Kamila stać na to, by być w ścisłej czołówce.

Jaką radę dałby Pan kolegom? Czego potrzebują, by nie tylko w kraju, ale i na ważnych imprezach za granicą walczyć o dobre lokaty?
- Potrzebują spokoju, a przede wszystkim wytrwałości w dążeniu do celu. Wielu zawodników, którzy bardzo dobrze prezentują się w kraju czy na zawodach mniejszej rangi - na Pucharze Świata, nie mówiąc o mistrzostwach lub igrzyskach olimpijskich, po prostu się spalają. To widać gołym okiem, bardziej doświadczony zawodnik czy trener zauważy od razu. Co jest tego powodem? Nerwy, chęć zdobycia czegoś więcej ponad siły i aktualne możliwości. Człowiek przyjeżdża na zawody, widzi wokół siebie znanych i utytułowanych rywali i od razu nasuwają mu się myśli, że oni są lepsi. "Co ja tu robię" - zastanawia się. Ja przeżywałem to samo. Trzeba ten okres jakoś przetrwać i dojść do momentu, w którym głowa sama podpowiada: "Jestem tu po to, by skakać dla siebie, wygrywać dla siebie". Nie spoglądać na innych.

Szczególnie młodym - potrzebny jest psycholog?
- Wydaje mi się, że tak. W trudnych momentach potrafi pomóc, a z tego, co wiem, Polski Związek Narciarski chce nam zapewnić z nim współpracę. Psycholog jest potrzebny, bo w skokach głowa odgrywa ogromną, decydującą rolę. Pewnie nie wchodzi w rachubę stała współpraca, jak to miało miejsce przed laty z doktorem Janem Blecharzem, gdy spotykaliśmy się z nim każdego dnia, wykonywaliśmy jakieś ćwiczenia. Zapewne teraz wszystko będzie polegało na dobrej radzie, ale i to jest ważne i cenne. Czasami takim psychologiem jest trener, czasem ktoś z zewnątrz, ale bywają sytuacje, że fachowiec jest konieczny.

I na koniec - jakie cele na nowy sezon stawia Pan przed sobą?
- Na razie jeszcze nie rozmawialiśmy z trenerem na temat konkretnych celów. Wiem jedno - jako drużyna będziemy chcieli uplasować się na piątym miejscu w klasyfikacji Pucharu Świata.

Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz



W kadrze A polskich skoczków narciarskich powołanej na sezon 2006/2007 nie ma zbyt dużo zmian. Nadal znajdują się w niej Adam Małysz, Robert Mateja, Kamil Stoch, Stefan Hula, Rafał Śliż, Piotr Żyła i Marcin Bachleda - a więc zawodnicy tworzący jej trzon także w minionych latach. Zmiana, i to poważna, nastąpiła za to na trenerskim stołku. Dotychczasowego szkoleniowca, Austriaka Heinza Kuttina (Polski Związek Narciarski nie przedłużył z nim kontraktu) zastąpił Fin Hannu Lepistoe, któremu pomagać będą Łukasz Kruczek i Zbigniew Klimowski.
60-letni Lepistoe to jeden z najbardziej doświadczonych i utytułowanych szkoleniowców w świecie skoków narciarskich. W przeszłości prowadził m.in. legendarnego Mattiego Nykaenena, którego doprowadził do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata oraz złotego i srebrnego medalu olimpijskiego (w Sarajewie). Złoto i srebro igrzysk (w Nagano) wywalczył także inny jego podopieczny (co było wielką sensacją) - Jani Soininen. To pod jego okiem pierwsze sukcesy zaczął odnosić Janne Ahonen.
Prócz pracy w Finlandii, Lepistoe szkolił reprezentacje Austrii i Włoch. Teraz rozpoczyna etap polski...
Pisk

"Nasz Dziennik" 2006-05-31

Autor: ab