Jest dwóch winnych
Treść
Sejm przyjął ustawę bezterminowo przedłużającą prawo górników do wcześniejszych emerytur. W toku debaty nad projektem okazało się, że nie tylko marszałek Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz jest odpowiedzialny za doprowadzenie do zamieszek podczas wtorkowej demonstracji. Posłowie klubów innych niż SLD i PO obciążają także lidera Platformy Obywatelskiej Jana Rokitę.
Debata, jak należało się spodziewać, była bardzo gorąca i w większości dotyczyła nie sytuacji górników i przedstawicieli innych zawodów szczególnie uciążliwych dla zdrowia, a kampanii wyborczej. Dość licznie zgromadzonych posłów rozgrzał Wacław Martyniuk (SLD), który wychwalał pod niebiosa kandydującego na urząd prezydenta marszałka Cimoszewicza. - To pan swoją determinacją uratował budżet - rozpływał się czołowy polityk Sojuszu. Był ostatnią osobą w debacie, która nie widziała winy Cimoszewicza w tym, że musiało dojść do wtorkowych zajść pod Sejmem.
- Doszło do tych zdarzeń, bo tacy niedobrzy ludzie jak pan poseł Martyniuk wmówili tym ludziom, że istnieje jakiś spisek, który ma na celu zmuszenie górników, by pracowali do 65. roku życia - grzmiał chwilę później szef klubu PO Jan Rokita. W błyskotliwym wystąpieniu kreowany przez media na przyszłego premiera polityk czuł się jak na wiecu wyborczym. - Kto się ugiął dopiero wtedy, gdy na ulice poleciały śruby? - pytał, a sala chóralnie odpowiadała: "Cimoszewicz".
- Marszałek postąpił niekonsekwentnie, chaotycznie, bez charakteru, doprowadził do tego, że naprędce dyskutowana jest sprawa fundamentalna dla ludzi, i gdyby nie takie zachowanie, tych zamieszek by nie było - puentował. Jego wystąpienie mocno zaskoczyło występujących po nim przedstawicieli klubów, gdyż Rokita płomiennie deklarował chęć zwiększenia przywilejów dla nauczycieli czy hutników. Program gospodarczy Platformy jest diametralnie inny, zakłada odchodzenie od wszelkich przywilejów i oddanie gospodarki pod pełne władanie "magicznej ręki rynku".
- Gdyby pan poseł Rokita nie wspierał tak bardzo marszałka Cimoszewicza, może nie byłoby tej demonstracji, burd i rannych - zareagowała szybko poseł Maria Nowak (PiS). Przypomniała, że to właśnie PO gorąco wspierała SLD w staraniach, by obywatelski projekt nie był poddawany pod obrady Sejmu. Dokończenie na s. 2
Inni posłowie zwracali też uwagę, że nie może być tak, że to, czym zajmuje się Sejm, zależy od jednego człowieka, który w dodatku jest - jak mówił Waldemar Pawlak (PSL)
- "arogancki".
- Posłowie nie mogą skutecznie wyborców reprezentować, więc ci ich nie szanują - snuł teorię, pomijając fakt, że to tylko jedna z wielu przyczyn tego, w jaki sposób społeczeństwo odbiera klasę polityczną.
- Ta cała hipokryzja Martyniuka i Rokity zasługuje na potępienie - grzmiał Zygmunt Wrzodak (LPR).
- Do zamieszek z pewnością by nie doszło, gdyby posłowie wcześniej zajęli się obywatelskim projektem ustawy emerytalnej, pod którym podpisało się 150 tysięcy osób - uważa szef Sekretariatu Górnictwa i Energetyki NSZZ "Solidarność" Kazimierz Grajcarek, który przeprosił mieszkańców Warszawy, stołeczną policję i parlamentarzystów za wtorkowe zajścia.
Sejm przyjął wczoraj projekt uzgodniony w Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Górnicy, który przepracowali pod ziemią łącznie 15 lat, będą mogli przechodzić na emeryturę w wieku 50 lat. Pięć lat później będą przechodzić na emeryturę pracownicy, którzy - łącznie z pracą równorzędną z górniczą - pracowali 20 lat (kobiety) i 25 lat (mężczyźni), w tym co najmniej 10 lat pod ziemią. Za pracę równorzędną z górniczą uznaje się zatrudnienie w urzędach górniczych na stanowiskach wymagających kwalifikacji inżyniera lub technika górnictwa, przy wykonywaniu czynności inspekcyjno-kontrolnych. Do wcześniejszej emerytury nie będzie się zaliczać praca w związkach zawodowych. Posłowie przedłużyli bezterminowo prawo do wcześniejszej emerytury tylko dla górników, choć niewykluczone, że jeszcze w tej kadencji zajmą się innymi grupami zawodowymi.
Przeciwny tym propozycjom był rząd, którego przedstawiciele bronili się przed atakami posłów, że wyliczenia dotyczące kosztów tego kroku zostały wzięte z powietrza. Ministerstwo Polityki Społecznej twierdzi, że przyjęte przez posłów rozwiązania rodzą poważne skutki dla budżetu. Według przedstawianych wczoraj wyliczeń, miałoby to być blisko 3 mld zł w 2010 r., ponad 7,5 mld w 2015, pięć lat później już ponad 10 mld. Potem ta wielkość ma spadać do 8,8 mld zł w 2025 r. i do niespełna 6 mld w 2030 r.
Mikołaj Wójcik
"Nasz Dziennik" 2005-07-28
Autor: ab