Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Jak się kręci filmy o Radiu Maryja?

Treść

O. Piotr Andrukiewicz miał się „rzucić z pięściami” na blogera niechętnego RM. - To nieprawda, cała sytuacja została zaaranżowana – mówi redemptorysta w rozmowie z portalem Fronda.pl.
„Redemptorysta rzucił się na [Rafała – przyp. Red.] Maszkowskiego z pięściami. Wyrwał mu przy tym mały mikrofon należący do brytyjskiego reżysera realizującego film o Radiu Maryja. Sprzęt został zniszczony” - pisze o zajściu „Wyborcza”. Miało ono miejsce w sobotę, w czasie XI Pielgrzymki Młodych Słuchaczy na Jasną Górę. Kim jest rzekomo poszkodowany i co robił na Jasnej Górze akurat tego dnia? Rafał Maszkowski od 15 lat prowadzi monitoring Radia Maryja, pisze o rozgłośni bloga i seryjnie wysyła na radio skargi do różnych instytucji. Obsesja na punkcie Radia Maryja zawiodła go tym razem aż do Częstochowy, gdzie przywiózł kilka tysięcy ulotek krytykujących działalność o. Tadeusza Rydzyka.
Oto, co na ten temat mówi o. Piotr Andrukiewicz.
Fronda.pl: Co się właściwie stało na Błoniach Jasnej Góry?
O. Piotr Andrukiewicz: Kiedy przebywałem z młodzieżą zgromadzoną na placu celebry przed Jasną Górą, ktoś mi powiedział, że nieopodal jest pan, który rozdaje ulotki. Zainteresowałem się tym, bo organizatorzy nikomu nie wydawali zgody na dystrybucję ulotek w tym miejscu. Pokazano mi jedną z tych ulotek i od razu się zorientowałem, że ktoś chce po prostu wywołać zamieszanie, ponieważ ta ulotka w złośliwy sposób atakowała Radio Maryja i zawierała nieprawdziwe informacje.
Czy osoba prywatna nie ma prawa rozdawać ulotek jakie sobie życzy na takich zgromadzeniach?
- Nie ma takiego prawa, musi mieć na to zgodę organizatorów. Nikt się jednak o taką zgodę nie zwrócił. Ten człowiek stał na placu celebry i rozdawał ulotki osobom wchodzącym na plac. Miał przypięty specjalny port i mikrofon, które służą do nagrywania kamerą. Spróbowałem więc wyłączyć mu mikrofon, żeby uniemożliwić nagrywanie. Chyba nikt nie lubi być nagrywany z ukrycia i bez swojej zgody. Wpięty mikrofon od razu mi uświadomił, że to nie była przypadkowa sytuacja, ale została celowo zaaranżowana. Nie wiedziałem kim jest ten człowiek. Wokół niego stali dziennikarze z aparatami fotograficznymi i kamerami, którzy obserwowali reakcje tych, którzy dostawali ulotki do ręki.
Nie lubię być nagrywany z ukrycia i bez mojej zgody, to po pierwsze chciałem ten mikrofon wyłączyć. Bardzo spokojnie rozmawiałem z tym człowiekiem i zapytałem go, od kogo dostał pozwolenia na rozdawanie tutaj ulotek. Oczywiście nie miał takiego pozwolenia. Poinformowałem go, że w związku z tym jestem zmuszony wezwać Straż Jasnogórską. Kiedy przyszli strażnicy, wyprosili tego pana informując go, że nie ma takiego prawa, żeby na terenie przylegającym do Jasnej Góry rozdawać bez pozwolenia ulotki. Straż Jasnogórska stała przy tym panu i pilnowała, żeby tych ulotek nie rozdawał. Do tego dołączyły się inne osoby.
„Gazeta Wyborcza” pisze jednak, że Ojciec „rzucił się z pięściami” na tego Rafała Maszkowskiego (bo tak się nazywa mężczyzna, który rozdawał ulotki). Jak to naprawdę było?
- To nieprawda. Przypuszczam, że rozmowa została nagrana. Jestem więc bardzo zainteresowany ujawnieniem nagrania, którym dysponuje ta telewizja, jak również jego upowszechnieniem. Wtedy wszyscy będą mogli zobaczyć, czy rzeczywiście to, co napisała „Wyborcza”, jest prawdą. Absolutnie nie było z mojej strony żadnego aktu agresji, żadnego rzucania się z pięściami. Była jedynie stanowcza sugestia, że jeśli mamy rozmawiać, to przy wyłączonym mikrofonie.
Ale ostatecznie nie został on wyłączony?
- Nie. Trzymałem mikrofon przez moment w ręku. W pewnym momencie mikrofon przejął go ode mnie jeden z młodych ludzi a pan, który rozdawał ulotki spowodował szarpnięcie, w wyniku którego urwał się kabelek. To oczywiście stało się pretekstem do oskarżenia ze strony dziennikarza telewizji, z którym działał „pan od ulotek”, że został uszkodzony sprzęt. W związku z tym została wezwana policja.
Czyli Maszkowski nie był sam, towarzyszył mu dziennikarz jakiejś telewizji, podobno brytyjskiej?
- Tak. Oni byli zorganizowani. To była dobrze przygotowana sytuacja, wyraźnie „polowali” na jakieś spięcia, bo takie rzeczy zawsze dobrze wyglądają w filmach dokumentalnych. Dziwnym trafem obok stali dziennikarze m. in. „Gazety Wyborczej”. Jedna z zapytanych przeze mnie dziennikarek pokazała mi swoja legitymację. Zapytałem, czy mają akredytację na tę uroczystość – oczywiście nikt z nich nie zgłosił się do Biura Prasowego Jasnej Góry, żeby taką akredytację uzyskać.
Kiedy przyszli policjanci, przede wszystkim wylegitymowali tych państwa i pouczyli ich, że nie jest prawdą, iż mogą sobie nagrywać i robić, co chcą na miejscu celebry, i że powinni opuścić plac, jeśli nie mają pozwolenia organizatorów. Dziennikarze opuścili wtedy miejsce zajścia.
Czy sprawa znajdzie swój finał w sądzie?
- Bardzo proszę. Jeśli tylko będą mieli taką odwagę, żeby to zgłosić do sądu. Świadków tego wydarzenia było bardzo wielu i myślę, że bardzo chętnie się w tej sprawie wypowiedzą. Widzieli zachowanie dziennikarzy i widzieli moje zachowanie. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia. To była nieprzyjemna sytuacja,ale nie byłem w najmniejszym stopniu agresywny i nie zachowałem się niestosownie.
Rozmawiała Magdalena Romaniuk
Fronda 2009-06-22

Autor: wa