Honor jest motywem służby
Treść
Z prof. Witoldem Kuleszą, specjalistą ds. zbrodni wojennych, rozmawia Jacek Dytkowski
Czy można nazwać zbrodnią wojenną sytuację, kiedy żołnierze polscy w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności doprowadzają do śmierci sześciu osób cywilnych?
- Nasza rozmowa musi być oparta na pewnej myślowej spekulacji z tego względu, że nie znamy całego zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego. W oparciu o to, co nam jest w tej chwili wiadomo, możemy odważyć się na następującą refleksję. W samym pojęciu zbrodni mieści się umyślność zachowania sprawcy. Innymi słowy, jeśli sprawca działa nieumyślnie, nie można mu przypisać odpowiedzialności karnej za zbrodnię. Konwencja genewska z 1949 r. mówi o tym wyraźne, że ciężkim naruszeniem konwencji jest umyślne dokonywanie zabójstw ludności cywilnej nieuczestniczącej w działaniach zbrojnych. Ciężkie naruszenie konwencji obliguje państwo, którego obywatelami są żołnierze, którzy takiego ciężkiego naruszenia konwencji się dopuścili, do osądzenia sprawców albo wydania ich innemu państwu w celu osądzenia. Jednakże konwencja wyraźnie podkreśla, że pod pojęciem ciężkiego naruszenia rozumie umyślne dokonywanie zabójstw ludności cywilnej.
Ale polskich żołnierzy zatrzymano jakby już byli winni zbrodni...
- Dokonano tego, stosując bezpośrednie środki przymusu, i to w sposób drastyczny. Z niepokojem obserwuję, że to zatrzymanie w ostatnich czasach staje się jak gdyby początkiem karania. Otóż jest to oczywiście pogwałcenie elementarnej zasady, według której kara jest następstwem stwierdzenia przez sąd, że sprawca w sposób zawiniony dopuścił się zarzucanego mu czynu. Konstytucyjna zasada proporcjonalności używania przemocy wobec obywateli ze strony władzy mówi, że wolno stosować przemoc tylko w takim stopniu w stosunku do obywateli, jaki jest konieczny dla osiągnięcia celu. Jeżeli żołnierze nie stawiali oporu w chwili zatrzymania, to rzucanie ich na ziemię na oczach rodzin i założenie im kajdanek na wykręconych do tyłu rękach było w moim przekonaniu wykroczeniem poza ową zasadę proporcjonalności użytych środków. Nie mówię tego tylko jako teoretyk. W okresie gdy kierowałem Główną Komisją Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, prokurator tej komisji dokonywał zatrzymania osoby podejrzanej o popełnienie zbrodni o jeszcze większym ciężarze gatunkowym - zbrodni ludobójstwa. Zatrzymania tego dokonywał on w asyście funkcjonariuszy policji, których zadaniem było wkroczenie dopiero wtedy, kiedy osoba zatrzymywana stawiłaby opór. Nic by się nie stało złego, a wprost przeciwnie, gdyby w zatrzymaniach owych żołnierzy podejrzanych o zbrodnie wojenne popełnione w Afganistanie uczestniczył wojskowy prokurator, a środki przymusu bezpośredniego zostałyby zastosowane dopiero w razie oporu z ich strony.
Jednak postąpiono inaczej...
- Chciałbym tu zwrócić uwagę na jeden aspekt, że już w chwili takiego brutalnego zatrzymania następuje swego rodzaju stygmatyzacja, naznaczenie osób zatrzymanych jako sprawców ciężkiej zbrodni. W myśl logiki: "zatrzymuję, to znaczy, że są zbrodniarzami wojennymi, gdyby nie było ku temu podstaw dowodowych, a więc dowodów na umyślne działanie, pewnie nie zatrzymywano by ich w taki sposób". Otóż ja mam tutaj wrażenie, że prokuratura wojskowa może "strzelić sobie samobójczą bramkę", w tym sensie, że dla każdego wojska na całym świecie, a zwłaszcza dla Wojska Polskiego, pojęcie honoru jest motywem służby. Gdyby żołnierzom dano szansę stawienia się do prokuratury poprzez ich wezwanie, a w prokuraturze dokonano by ich zatrzymania po postawieniu im zarzutów, to w moim przekonaniu honor żołnierzy wezwanych w charakterze podejrzanych nakazałby im stawić się w prokuraturze wojskowej w celu wysłuchania stawianych zarzutów. W wypadku, o którym mówimy, nie dano takiej szansy kierowania się honorem podejrzanym o zbrodnię wojenną w Afganistanie. W tym stanie rzeczy występuje w akcie zatrzymania osądzenie przed sądem, już na samym początku postępowania.
Dziękuję za rozmowę.
"Nasz Dziennik" 2007-11-22
Autor: wa