Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Groźba cywilizacyjnego regresu

Treść

W przededniu nowego roku szkolnego w Argentynie coraz głośniej podejmuje się temat tragicznej sytuacji, w jakiej znajduje się tamtejsza publiczna oświata. Środki masowego przekazu z niepokojem informują o zawstydzającym poziomie wykształcenia młodzieży argentyńskiej.
Szczególne zaniepokojenie budzi dramatycznie niski poziom wykształcenia młodzieży wstępującej na uczelnie wyższe. Zarówno przyszli prawnicy i lekarze, jak i urzędnicy państwowi nie mają podstawowej wiedzy z zakresu historii powszechnej ani elementarnej orientacji w świecie współczesnym. Sytuacją tą mocno zaniepokojeni są wszyscy, którzy poważnie myślą o przyszłości kraju, ponieważ sprawa dotyczy przyszłych elit narodu.
Pod koniec 2003 r. na jednym ze spotkań z nauczycielami z całego kraju rektor Uniwersytetu w Buenos Aires Guillermo Jaim Etcheverry zaapelował do obecnych, aby, zanim pozwolą uczniom skończyć szkołę, dołożyli wszelkich starań, żeby nauczyli się oni czytać, redagować najprostsze teksty i wykonywać "podstawowe operacje na liczbach".
O tragicznych skutkach dokonanej w Argentynie przed 11 laty reformy edukacji zaczyna się mówić w kręgach rządowych. W styczniu tego roku minister edukacji Daniel Filmus stwierdził, że dorasta pierwsze pokolenie młodzieży, której poziom wykształcenia i rozumienia świata są dużo gorsze niż ich rodziców. Pewna 15-letnia uczennica na łamach jednej z gazet ze wstydem wyznała, że ma problemy z dodawaniem, odejmowaniem, mnożeniem i dzieleniem w najprostszym zakresie.
Reforma sprzed 11 lat nie tylko dokonała przemodelowania kolejnych etapów w strukturze szkoły, ale co najgorsze - edukacja została podporządkowana lenistwu i gnuśności najsłabszych uczniów. W wyniku nowego podejścia do kształcenia młodzi ludzie w żaden sposób nie są motywowani do wysiłku, aby pokonywać trudności.
Przeciętność, która zdominowała szkołę, odbiła się również na nauczycielach, szczególnie tych, którzy swoim uczniom nie bali się stawiać wymagań. Częste są przypadki, kiedy nauczyciel jest zmuszany przez dyrektora szkoły i rodziców promować do następnej klasy tych uczniów, którzy nie spełnili podstawowych wymagań stawianych na ich etapie kształcenia. Czasami zmusza się wręcz nauczyciela, aby na koniec roku szkolnego zmieniał wcześniej postawione stopnie. Wszystko po to, aby uczeń mógł się znaleźć w następnej klasie.
Ceniona w Argentynie profesor literatury i pisarka Angela Pradelli stwierdziła, że są pewne grupy ludzi, którym zależy, "aby mieszkańcy kraju nie dbali o swoją formację, aby nie byli bystrymi, przenikliwymi i aby nie rozwijali swojej inteligencji". - Kiedy stawia się pytanie, czy uczyć młodzież zasad poprawnej ortografii, ludzie ci uważają, że jest to niepotrzebne; kiedy podnosi się postulat poszerzenia ubogiego słownictwa, jakim posługuje się młodzież (które - jak wskazują badania - oscyluje między 400 a 600 słów), ludzie ci odpowiadają, że nie ma to sensu - twierdzi prof. Pradelli, podkreślając, że przecież bogatsze słownictwo pomogłoby młodzieży poszerzyć horyzonty myślowe. Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego odrzuca się stawianie wymagań młodzieży, doszła do przekonania, że są tym zainteresowane nieudolne elity polityczne. - Po co narażać się na niebezpieczeństwo, że będzie ona [młodzież] krytykować, podawać w wątpliwość i na dodatek jeszcze będzie chciała dyskutować - stwierdziła z gorzką ironią prof. Pradelli.
Tymczasem coraz więcej rozumnych Argentyńczyków pyta, dokąd doprowadzi dalszy rozwój takiej sytuacji. Coraz więcej ludzi i środowisk stawia sobie zatrważające pytanie: kto w niedalekiej przyszłości będzie nas leczyć, kto będzie ustanawiać prawa, kto będzie budować nasze domy, jeśli obecnie od uczącej się młodzieży nie wymaga się elementarnej wiedzy?
Jorge Topolsky, Buenos Aires

"Nasz Dziennik" 2005-02-14

Autor: ab