Gilowskiej w pałacu nie było
Treść
Nominację Pawłowi Wojciechowskiemu wręczył w sobotę prezydent Lech Kaczyński. Nowy minister finansów oraz premier Kazimierz Marcinkiewicz zapewniają, że zmiana na ministerialnym stanowisku nie spowoduje odwrotu od rozpoczętych reform gospodarczych.
Wręczając nominację Pawłowi Wojciechowskiemu, prezydent Lech Kaczyński wyraził nadzieję, że wybór nowego szefa resortu finansów dokonany przez premiera Kazimierza Marcinkiewicza był "słuszny i merytoryczny". - Mam przyjemność poznać pana ministra dzisiaj. Mam nadzieję, że wybór dokonany przez pana premiera był słuszny i merytoryczny i nie odbije się w sensie negatywnym na gospodarczym powodzeniu Polski - powiedział prezydent Lech Kaczyński. Według premiera Marcinkiewicza, Wojciechowski jest przygotowany do objęcia teki ministra finansów niemal z marszu, gdyż jako doradca ekonomiczny premiera uczestniczył zarówno w pracach nad budżetem państwa, jak i nad przygotowaniem reformy finansów publicznych oraz zmian w podatkach. - Gdy rynki finansowe zaczynają zachowywać się nerwowo, co grozi spekulacjami i załamaniami, trzeba podejmować szybkie i odważne decyzje. Właśnie dlatego powołałem mojego doradcę ekonomicznego, człowieka młodego, doskonale wykształconego także w Stanach Zjednoczonych, ale jednocześnie posiadającego bogate doświadczenie biznesowe - mówił Marcinkiewicz. Premier zapowiedział, że razem z nowym szefem resortu finansów gwarantują kontynuację podjętych reform gospodarczych oraz koniecznych reform finansów publicznych. - Kierunek został wyznaczony i będzie kontynuowany - potwierdzał Paweł Wojciechowski. Nowy minister finansów zapowiedział jednocześnie, że wierzy w dialog "ze wszystkimi siłami politycznymi, a szczególnie w koalicji".
Premier ogłosił, że od teraz osobiście będzie koordynował wprowadzanie programu gospodarczego rządu. We wtorek - jak zaznaczył - przedstawi nowe propozycje w kwestii kosztów uzyskania przychodu dla twórców i naukowców. Przyjęte przez rząd propozycje minister finansów Zyty Gilowskiej zmierzały do obniżenia kosztów uzysku, co spotkało się z ostrym protestem zainteresowanych.
W ubiegłym tygodniu prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział, iż pozostaną one niezmienione, a wicepremier Gilowska popełniła błąd, za który on także bierze odpowiedzialność i przeprasza twórców.
Gilowska nieobecna
Sama Gilowska nie pojawiła się w sobotę w Pałacu Prezydenckim, by odebrać dymisję. W tym czasie gościła w Starym Tartaku na Lubelszczyźnie, gdzie została uhonorowana przez leśników "Kordelasem Leśnika Polskiego" przyznanym za obronę państwowego charakteru firmy Lasy Państwowe. Jak tłumaczyła, nie pojechała na wręczenie dymisji, gdyż "spotkanie z leśnikami było uzgadniane już od kilku tygodni". Odnosząc się do nieobecności Gilowskiej w Pałacu Prezydenckim, premier Marcinkiewicz powiedział, że już wcześniej zapowiedziała mu, że "jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, nie będzie uczestniczyć w tego typu uroczystości". Zarówno premier, jak i prezydent Lech Kaczyński dziękowali Gilowskiej za niespełna pół roku pracy. Prezydent Kaczyński powiedział, że ma nadzieję osobiście jeszcze spotkać się z Zytą Gilowską, by podziękować jej za pracę. Premier Marcinkiewicz podkreślał, że decyzja o dymisji Gilowskiej była bardzo trudna, gdyż odeszła jego najbliższa współpracownica. - Sytuacja jest dość klarowna. PiS przyjęło zasadę, że w sytuacji, kiedy rozpoczyna się proces lustracyjny, dana osoba odchodzi ze stanowiska publicznego - zaznaczył jednak szef rządu.
Tymczasem okoliczności złożenia przez Rzecznika Interesu Publicznego Włodzimierza Olszewskiego wniosku o lustrację Gilowskiej zbada prokuratura. - Prosiłam premiera, żeby złożył wniosek do prokuratury, premier tego nie zrobił, wobec tego ja złożyłam dzisiaj wniosek na ręce prokuratora generalnego, z którym rozmawiałam w sprawie szantażu lustracyjnego, którego byłam obiektem. Niech prokuratura prowadzi śledztwo, niech się nie zdaje, że teraz można Gilowskiej zamknąć usta, bo została zdymisjonowana, wobec tego nie ma sprawy. Jest sprawa - mówiła w sobotę Gilowska. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro polecił wszcząć śledztwo z doniesienia Gilowskiej. Uczyniono to z artykułu za "bezprawne wywieranie wpływu na czynności urzędowe konstytucyjnego organu", przewidującego do 10 lat więzienia.
Według "Życia Warszawy", które miało dotrzeć do dokumentów zebranych przez RIP w sprawie Gilowskiej, wynika z nich, że została zarejestrowana w drugiej połowie lat 80. jako TW Beata. Oficerem prowadzącym był mąż jej koleżanki, a zachować się miały spisywane przez niego raporty z rozmów z Gilowską. Na żadnym z dokumentów nie figuruje jednak podpis byłej wicepremier. Nie ma też jej pisemnej zgody na współpracę.
Gilowska zaapelowała do swojej przyjaciółki Urszuli, której mąż - jak to określiła - "wrobił ją w jakąś gigantyczną historię", żeby "coś powiedziała". Zaznaczyła, iż nie wiedziała, że miała do czynienia z funkcjonariuszem SB. - Mnie tłumaczyli przez całe lata, że on zajmuje się przestępstwami gospodarczymi, dlatego chodzi w cywilu - mówiła Gilowska. Stwierdziła, że nie da sobie przypisać, iż była tajnym i świadomym współpracownikiem SB. Odnosząc się do swoich wyjazdów zagranicznych w latach 80., wyjaśniała, że były to wyjazdy grupowe studentów i pracowników organizowane przez KUL i wszystkie formalności z nimi związane załatwiały służby uniwersyteckie. Podtrzymała tym samym twierdzenie, że sama nie ubiegała się o paszport, stypendium czy staż ani o żadne dobro, które było wówczas dostępne na rynku "reglamentowanym przez SB".
Artur Kowalski
"Nasz Dziennik" 2006-06-26
Autor: ab