Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Gdybanie zamiast realnej polityki

Treść

Gdyby Prawo i Sprawiedliwość przyjęło propozycję Platformy Obywatelskiej przedstawioną wczoraj rano przez Donalda Tuska, na wiosnę mielibyśmy wybory, a już dzisiaj w rządzie nie byłoby Romana Giertycha i Andrzeja Leppera. Gdyby PiS tej oferty nie odrzuciło, PO poparłaby budżet. W tej chwili tak wygląda polska polityka. Może byłoby mniej "gdyby", gdyby nie trwający od poniedziałku medialny seksskandal w Samoobronie. Ale mimo że jest on wciąż tylko medialny, a zarzutów nikomu nie postawił prokurator, dziwi łatwość, z jaką czołowi politycy dają się ponieść emocjom. Mniej dziwi, gdy spojrzy się nieco głębiej na obecną sytuację polityczną.
Nie ma najmniejszej wątpliwości, że Platforma Obywatelska i Sojusz Lewicy Demokratycznej są w stanie oddać dziś wiele za to, by Giertycha i Leppera nie było w rządzie. Nie dlatego, że - jak mówił rano Donald Tusk - chcą pomóc Jarosławowi Kaczyńskiemu. Temat ten był przerabiany już na wiosnę. Odejście wicepremierów oznaczałoby koniec koalicji i zapewne szybkie wybory.
Platforma wybory na wiosnę uzasadnia tym, że przez ten czas "umożliwi PiS przyjęcie budżetu w wersji rządowej" i wprowadzi do Konstytucji istotną poprawkę - zakaz kandydowania do parlamentu osobom skazanym prawomocnym wyrokiem. Ale Prawo i Sprawiedliwość ustami wicepremiera Ludwika Dorna przyjęło po pięciu godzinach tylko te dwie ostatnie części oferty. - Platforma poprze budżet? - bardzo się cieszymy - mówił wiceszef PiS. - Zmiana Konstytucji? - też jesteśmy za - dodawał. Ale PiS nie chce wyborów.
Dorn argumentował, że od półtora roku polityka toczy się w karuzeli kolejnych kampanii wyborczych: parlamentarna, prezydencka, samorządowa. Nie ma złudzeń, że to głównie ich wymagania sprawiają, że język polityki wyostrza się i trudno o jakiekolwiek projekty merytoryczne ponad podziałami "koalicja - opozycja". PiS chce spokojnej pracy nad zmianą Polski. Na pewno to bardzo chwalebne, bo to właśnie tego oczekują od tej partii jej wyborcy. Ba, oczekują tego też koalicjanci, zapewniający dziś mocno, że nie zrobią nic, by ta koalicja rozpadła się przed 2009 rokiem.

Szarża antyrozłamowa
Dlaczego Donald Tusk żąda natychmiastowego odwołania przez Jarosława Kaczyńskiego dwóch wicepremierów? Oczywiście ze względu na powyższe argumenty. Przystępuje do kontrofensywy, której finałem mają być natychmiast wygrane przez PO wybory i koalicja "z kim się da", a najlepiej nie z PiS. Sytuacja w Platformie Obywatelskiej nie jest najlepsza. Blisko odejścia jest, pozostający dziś już niemal poza partią, Jan Rokita. Za nim mogą pójść kolejni. Zrobią to, jeśli na horyzoncie nie będzie majaczyła groźba szybkich wyborów. Bo tylko wówczas można odejść i coś zrobić. Ot, choćby tak jak w 2000 r., gdy poniekąd na gruzach AWS i Unii Wolności powstawały PiS i PO. Kilka miesięcy to za mało. Tusk to wie i stąd pomysł propozycji dla PiS. Stąd próba uładzenia sytuacji słowami, że widzi wyraźną różnicę między Jarosławem Kaczyńskim a Stanisławem Łyżwińskim. Dziwne, bo jeszcze parę miesięcy temu, patrząc na obecnego premiera, mówił, że widzi w nim Andrzeja Leppera. Czyli, że im dłużej PiS jest w koalicji z Samoobroną, tym mniej Tuskowi mylą się te dwie formacje?

Zawieszenie, nie dymisja
Roman Giertych ma rację, mówiąc, że propozycja złożona PiS przez PO ma na celu odwrócenie uwagi od sytuacji wewnątrz tej partii. Załóżmy bowiem, że prokurator jednak postawi zarzuty Lepperowi. Przy takim hipotetycznym założeniu żaden z liderów PiS nie ma wątpliwości: natychmiast lider Samoobrony zostaje zdymisjonowany. Czy zostaje zerwana koalicja?
- Decyzja należy wówczas do Samoobrony, czy jest w stanie współrządzić bez udziału swojego lidera - mówi nam czołowy działacz PiS.
Oczywiście, jest to wątpliwe i dlatego skrótowo mówi się, że taka sytuacja oznacza koniec koalicji. Tyle tylko że do tej hipotezy droga jest równie daleka, jak była w niedzielę, gdy nikt jeszcze o seksskandalu nie mówił. Domaganie się dymisji Leppera tylko dlatego, że ktoś oskarżył go o molestowanie seksualne, to nadużycie. Tak samo jak w przypadku Giertycha.
Jaka jest odpowiedzialność Leppera za Łyżwińskiego? Na dziś taka sama, jak Tuska za skazaną nieprawomocnie za jazdę po alkoholu Iwonę Śledzińską-Katarasińską czy podejrzanego przez prokuratora o niegospodarność Waldy Dzikowskiego. A nawet mniejsza, bo Łyżwiński wciąż nie ma postawionych zarzutów. Dopiero wówczas lidera partii rozlicza się za szybkość i trafność działania. PiS postawiło sprawę jasno: jeśli Łyżwiński okaże się ojcem dziecka Anety K., ma być usunięty z klubu i partii oraz poproszony przez Samoobronę o złożenie mandatu. Nie za to, że to jego córka, ale za to, że kłamał, twierdząc, że nigdy nie miał seksualnych kontaktów z dyrektor swojego biura poselskiego. Odpowiedź na to pytanie poznamy już w poniedziałek. Wczoraj poseł oddał swój materiał genetyczny do zbadania.
Na to, czy zarzuty usłyszy Lepper, poczekamy zdecydowanie dłużej. Na razie ich nie ma. Jest za to medialna burza, którą opozycja chce wykorzystać do swoich celów. Czysto politycznych, choć powlekanych aurą dbania o moralność.
Mikołaj Wójcik
"Nasz Dziennik" 2006-12-09

Autor: wa