Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Francuzi nie pójdą głosować

Treść

W obliczu zapowiadającej się masowej absencji w zbliżających się wyborach do Parlamentu Europejskiego władze francuskie mobilizują siły, by zapobiec wyborczej katastrofie. Według ostatnich sondaży, eurowybory znajdują się dopiero na 13. miejscu na liście ważności problemów, jakimi interesują się Francuzi. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczna frekwencja wyborcza może być znacznie niższa od tej w poprzednich wyborach do europarlamentu, kiedy wyniosła 50 procent. Ocenia się, że małe zainteresowanie wyborami będzie nie tylko wyrazem sprzeciwu i obojętności wobec unijnych instytucji, ale także wskaźnikiem poparcia dla polityki wewnętrznej i europejskiej prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego.

Premier Fran?ois Fillon zaapelował o "podjęcie wezwania absencjonizmu", przyznając, że "niska frekwencja w poprzednich eurowyborach miała swoje racje, iż istnieją prawdziwe zarzuty, zarzuty znane i w części usprawiedliwione". Zaliczył do nich ociężałość procedur europejskich, głupotę niektórych decyzji, wrażenie, że Parlament Europejski, będący wszechobecną strukturą, jest zarazem instytucją bezsilną. - Zwracam się do wyborców, którzy odnoszą wrażenie, że te wady ich dotknęły i którzy są rozczarowani, by im jasno powiedzieć: macie często rację i dlatego trzeba teraz pójść do wyborów - przekonywał premier Francji. - Czy można i jak krytykować każdego ranka tych, których nazywa się brukselskimi technokratami, jeżeli nie pójdzie się do biur wyborczych, by wybrać tego, kto w Parlamencie Europejskim będzie mieć władzę kontrolowania brukselskich technokratów? - pytał Fran?ois Fillon. Mimo tych apeli jest mało prawdopodobne, by frekwencja przekroczyła 50 procent. Tym bardziej że Parlament Europejski w opinii Francuzów, podobnie jak cała Unia, staje się bezradny wobec obecnego kryzysu gospodarczego. Dlatego rząd będzie zmuszony na początku czerwca zrewidować swoje założenia na rok 2009. Takiego zdania jest minister gospodarki Christine Lagarde, przewidująca recesję nawet na poziomie 2,5-3 proc. PKB.
W wywiadzie udzielonym dziennikowi "Le Monde" zapowiedziała również likwidację 34 tys. stanowisk pracy w sektorze publicznym do roku 2010, a dodatkowo 30,5 tys. miejsc będzie nieobsadzonych po odejściu pracowników na emeryturę.
Zdaniem Christine Lagarde, rząd nowe założenia gospodarcze przedstawi przed przewidzianym na 9 czerwca spotkaniem unijnych ministrów gospodarki w Luksemburgu. Mimo tych katastroficznych prognoz francuska minister gospodarki uspokaja Francuzów. Mówi, że wierzy w "stopniowy wzrost" aktywności gospodarczej, dzięki planom rozwoju wprowadzanym w życie przez wszystkie kraje unijne i programowi reform wdrażanemu przez rząd.
Kulą u nogi dla Francuzów jest deficyt budżetowy i zadłużenie zagraniczne. Nowe plany rządowe będą musiały skorygować dotychczasowe przewidywania. Ocenia się, że tegoroczny deficyt budżetowy osiągnie 5,6 proc. PKB. Na dłuższą metę rząd planuje "długie i systematyczne" uzdrawianie finansów publicznych dzięki koniunkturze i oszczędnościom w wydatkach. Temu ma służyć m.in. plan zmniejszania ilości funkcjonariuszy państwowych, co skrytykował sekretarz Partii Socjalistycznej Razzy Hammadi. Jego zdaniem, "utrzymanie etatów publicznych jest pierwszym środkiem, jakim dysponuje rząd do wspierania rynku pracy i konsumpcji".
Ekipa Fran?ois Fillona kategorycznie odrzuca to rozumowanie, zapewniając, że nie uczyni niczego, co by utrudniało powrót koniunktury. Dlatego nie ma ona zamiaru zwiększać jakichkolwiek podatków. Christine Lagarde zapowiedziała stworzenie możliwości podwojenia sumy, jaką będą mogli sobie odpisać od podatku ludzie płacący tzw. podatek od fortun (ISF), ograniczony w roku 2007 do maksymalnie 50 tys. euro, pod warunkiem, że pieniądze te będą zainwestowane w małe i średnie przedsiębiorstwa. Obniżki podatków mają też dotknąć ludzi i firmy inwestujące pieniądze w badania naukowe. Mają być też rozluźniane wymogi dotyczące statutu najmniejszych form przedsiębiorczości.
Franciszek L. Ćwik
"Nasz Dziennik" 2009-05-16

Autor: wa