Francuskie kłopoty w Togo
Treść
Po Wybrzeżu Kości Słoniowej i Dżibuti do francuskich kłopotów w Afryce doszło tydzień temu Togo. Kryzys w tym kraju spowodował sposób przejęcia władzy przez syna zmarłego 5 lutego byłego prezydenta Gnassingbe Eyadema. Był on w Paryżu traktowany jak najlepszy afrykański sojusznik Francji.
Zmarły 69-letni Eyadem swoją karierę rozpoczął we francuskich wojskach kolonialnych, gdzie doszedł do stopnia sierżanta. W 1967 r. przejął władzę w Togo po udanym puczu przeciw "ojcu niepodległości" tego kraju Sylvanusowi Olympio. Dyktatorskie 40-letnie rządy Eyadema zapewniły - za cenę nieliczenia się z prawami człowieka - 5,3-milionowemu Togo względną stabilność. Prezydentowi Eyademie udało się uniknąć 7 zamachów na życie. Potrafił też ochronić swój kraj przed groźbą wojny domowej. Francja, wdzięczna za ową stabilność, tak rzadką w Afryce, udzielała rządom w Togo dyskretnej i skutecznej protekcji.
Śmierć Eyadema oznacza dla Paryża utratę najbardziej lojalnego afrykańskiego sojusznika. Ten przebiegły polityk jeszcze przed śmiercią "przygotował" swojego następcę, wyznaczając na niego jednego ze swych licznych synów Faure Eyadema. Po śmierci ojca przy poparciu armii i parlamentu w wielkim pośpiechu przejął władzę w Togo. Dla zapewnienia spokoju i ukazania społeczeństwu "legalności" przejęcia steru rządów wezwani w trybie pilnym deputowani dokonali modyfikacji konstytucji, usuwając z urzędu przewodniczącego parlamentu, który powinien sprawować tymczasową władzę do nowych wyborów, i jednomyślnie wybrali na jego miejsce Faure, umożliwiając mu w ten sposób sprawowanie rządów do 2008 roku.
Według obecnego rządu, wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Innego zdania są jednak opozycja, opinia międzynarodowa, a zwłaszcza kraje afrykańskie. W sobotę na wezwanie 6 partii politycznych doszło po raz pierwszy w stolicy kraju - Lome, do 3-tysięcznej manifestacji. Rozgromiła ją brutalnie policja, zabijając 2 osoby. Cztery inne, w tym dwóch żandarmów, zostały ciężko ranne. Demonstranci skandowali antyfrancuskie hasła, oskarżając Paryż o popieranie Faure Eyadema.
Na sytuację w Togo zareagowała Wspólnota Państw Zachodniej Afryki. W sobotę na rozmowy do Nigerii przybył premier Togo Koffi Sama. Pięć krajów zachodnioafrykańskich, a także przewodniczący Unii Afrykańskiej (UA), prezydent Nigerii Olusegun Obasanjo zagrozili sankcjami, jeżeli przedstawiciel rządu Togo nie przyjedzie na negocjacje. Sami odmówili udania się do Togo, by nie uwierzytelniać obecnych jego władz.
W trudnej sytuacji znalazła się Francja. Nie chciałaby stracić Togo, głównej podpory swojej afrykańskiej polityki, ale nie chce też dolewać oliwy do ognia. Po sobotnich zajściach w Lome rzecznik prasowy francuskiego MSZ Marie Masdupry oświadczyła, że Paryż popiera negocjacje i "przykłada szczególną wagę do szybkiego zorganizowania wolnych i demokratycznych wyborów, kończących okres przekazywania władzy, jaki powstał po śmierci Eyadema". Od kilku dni stacjonujące w Togo francuskie jednostki wojskowe zostały postawione w stan gotowości.
Franciszek L. Ćwik, Caen
"Nasz Dziennik" 2005-02-16
Autor: ab