Fortele socjotechniczne
Treść
Czytelnicy "Potopu" z pewnością pamiętają scenę, kiedy oficer opowiada hetmanowi Czarnieckiemu, w jaki sposób Szwedzi wymknęli się z matni w widłach Wisły i Sanu. Okazało się, że z wielkim przytupem budowali most, a kiedy całe siły polskie skupiły się przy moście, przeprawili się przez rzekę w całkiem innym miejscu. W języku wojskowym nazywa się to fortelem wojennym, a w cywilnym - socjotechniką.
Socjotechnika polega na manipulowaniu masowymi nastrojami, a nawet na ewokowaniu ich, żeby odwrócić uwagę ludzi od spraw istotnych. Ot np. teraz; 13 grudnia premier Tusk w obecności prezydenta Kaczyńskiego złoży w Lizbonie w imieniu Polski podpis pod traktatem reformującym Unię Europejską, a media nawet się o tym nie zająkną, bo na Mokotowie spłonął samochód Julii Pitery. Najwyraźniej samochód, którego pożar może być pretekstem do wzięcia obywateli za twarz, ważniejszy jest dla nich od suwerenności państwowej, której Polska zrzeknie się, ratyfikując traktat reformujący.
Czy jednak naprawdę? Zarówno najważniejsze osobistości z rządu, jak i z opozycji, podobnie zresztą jak większość publicystów, utrzymują, że żadnej suwerenności nie stracimy, a ci, co tak twierdzą, są zwyczajnymi wariatami. Traktat reformujący skonstruowany jest bowiem na "zasadzie przekazania", co oznacza, że Unia Europejska ma tylko takie kompetencje, jakie państwa członkowskie jej przekażą. A skoro to właśnie państwa decydują, jakie kompetencje przekazać nowemu państwu, czyli Unii Europejskiej, to nie tracą suwerenności, chociaż Unia ją nabywa. Słowem - wszyscy są suwerenni, więc ratyfikacja traktatu reformującego może zakończyć się wesołym oberkiem.
I rzeczywiście - zasada przekazania jest w traktacie uroczyście proklamowana, więc na pierwszy rzut oka żadnego niebezpieczeństwa nie ma. Ale obok tej triumfalnej makiety mostu ukryta jest prawdziwa przeprawa w postaci skromnego zdania, zawartego w art. 3a pkt. 3 traktatu, które oznajmia, co następuje: "Państwa Członkowskie ułatwiają wypełnianie przez Unię jej zadań i powstrzymują się od podejmowania WSZELKICH ŚRODKÓW (podkr. SM), które MOGŁYBY ZAGRAŻAĆ (podkr. SM) urzeczywistnieniu celów Unii". Okazuje się, zupełnie niezależnie od kompetencji przekazanych rytualnie w myśl "zasady przekazania", że władze Unii mogą zażądać od każdego państwa powstrzymania się od podejmowania jakichś środków (np. ustanowienia praw), pod pretekstem, że "mogłyby" one zagrażać urzeczywistnieniu celów Unii. Nie muszę dodawać, że żadne państwo członkowskie nie wie, co "mogłoby" zagrażać urzeczywistnieniu celów Unii. Takie rzeczy mogą wiedzieć tylko władze Unii Europejskiej. Jeśli zatem uznają np., że odmowa legalizacji przez państwo członkowskie "małżeństw" homoseksualnych "może zagrażać" urzeczywistnieniu takiego celu Unii, jak "zwalczanie wyłączenia społecznego" czy "dyskryminacji" (art. 2 traktatu), to zgodnie z zacytowanym postanowieniem mogą zażądać od państwa członkowskiego powstrzymania się od odmowy legalizacji takich związków. To pokazuje, że fikcją mogą stać się również uroczyste zapewnienia, jakoby kwestie społeczno-obyczajowe były zastrzeżone dla ustawodawstw krajowych. Jakże mogą być "zastrzeżone", skoro władze Unii mają prawo korygować postępowanie każdego państwa, jeśli tylko uznają, już nawet nie, że "zagraża" ono realizacji celów Unii, ale że "mogłoby" zagrażać. Taką właśnie metodą będzie przez władze Unii Europejskiej systematycznie wypłukiwana suwerenność państw członkowskich, niezależnie od solennych i patetycznych zasad, pełniących wyłącznie funkcję socjotechniczną.
Stanisław Michalkiewicz
"Nasz Dziennik" 2007-12-07
Autor: wa