Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Drzwi dla Lizbony uchylone

Treść

Izba Deputowanych czeskiego parlamentu zaakceptowała wczoraj przyjęty w Lizbonie traktat reformujący Unię Europejską. Spośród 197 posłów za ratyfikacją dokumentu opowiedziało się 125, przy 61 głosach sprzeciwu. Dokument trafi pod obrady Senatu, a jeśli opowie się za nim większość, to aby został ratyfikowany, będzie wymagał podpisu prezydenta. Senatorowie poddadzą traktat pod głosowanie najwcześniej w kwietniu.

- Izba Deputowanych czeskiego parlamentu wyraża swoją zgodę na ratyfikację traktatu lizbońskiego - oświadczył przewodniczący izby niższej Lubomir Zaoralek, informując o wynikach głosowania. Przeciwko traktatowi opowiedziało się 36 z 79 posłów z rządzącej Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS). Po zakończeniu głosowania dwóch z nich wniosło zastrzeżenia, twierdząc, iż na liście głosujących błędnie zapisano, że opowiedzieli się "przeciw", podczas gdy zagłosowali za wprowadzeniem w życie zapisów z Lizbony. Sprzeciw wobec traktatu wyraziła większość komunistycznej opozycji oraz niezrzeszony Juraj Raninec, który niedawno opuścił szeregi ODS.
Chrześcijańscy Demokraci (KDU-CSL) oraz Zieloni (SZ), podobnie zresztą jak i socjaldemokraci (CSSD) od dawna wzywali do przyjęcia zapisów traktatu reformującego, zagłosowali zatem "za". Spośród nich z największą rezerwą ustosunkowali się do tej kwestii chadecy, wnioskując o odroczenie głosowania do czasu przyjęcia specjalnego mandatu uprawniającego nie tylko rząd, ale również parlament do zaakceptowania możliwego transferu władzy do Brukseli.
Za wprowadzeniem w życie zapisów z Lizbony głos oddał również premier Czech Mirek Topolanek (ODS), który jeszcze podczas wtorkowej sesji plenarnej wyrażał względem nich swoje obiekcje. - Jestem zadowolony, że traktat lizboński przeszedł w izbie niższej parlamentu - powiedział po zakończeniu głosowania premier. Dodał, że następna batalia odbędzie się w Senacie.
- Część naszej partii głosowała przeciwko traktatowi. Ja sam jestem przeciwny jego zapisom - skomentował w rozmowie z nami eurodeputowany Hynek Fajmon (ODS), wyrażając swoje niezadowolenie z wyników głosowania w Izbie Deputowanych.
Zadowolenia nie kryli politycy mocno zaangażowani w promocję dokumentu. - Zgoda ta stanowi kluczowy etap w procesie ratyfikacji, etap odpowiedzialny, który został poprzedzony pogłębioną demokratyczną dyskusją - podkreślił wicepremier ds. europejskich Alexandr Vondra. Należy przypomnieć, że atmosfera wokół tej sprawy nie była pozbawiona również takich "demokratycznych" akcentów, jak grudniowa wizyta unijnej delegacji i skandaliczny sposób, w jaki Hans-Gert Poettering, Martin Schulz i Daniel Cohn-Bendit zwrócili się do czeskiego prezydenta. Pozostaje pytanie, czy dalsze etapy dyskusji odbędą się w podobnie "demokratycznej" atmosferze wewnątrz Wspólnoty.

Wszystko w rękach Senatu i prezydenta
Do wprowadzenia w życie zapisów z Lizbony konieczna jest jeszcze zgoda izby wyższej czeskiego parlamentu i prezydenta Vaclava Klausa. Ewentualnie może ona jednak nastąpić dopiero po zaplanowanej na kwiecień wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy i ratyfikowaniu czesko-amerykańskiej umowy o budowie radaru (elementu tarczy antyrakietowej). W Senacie zatem zapowiada się długa, nawet kilkumiesięczna dyskusja, która nawet jeżeli zakończy się przyjęciem traktatu reformującego, wcale nie będzie oznaczała jego ratyfikacji. - Dyskusja w Senacie trochę potrwa - stwierdził w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Fajmon, przypominając, iż jego ugrupowanie uzależniło zgodę na wprowadzenie traktatu reformującego od decyzji w sprawie tarczy. - Sądzę, że zajmie to co najmniej trzy miesiące - ocenił.
Aby implementować uzgodnienia traktatowe do czeskiego prawodawstwa, konieczny jest podpis głowy państwa. Tymczasem Vaclav Klaus, podobnie zresztą jak wszyscy krytycy dokumentu, nadal stoi na stanowisku, iż przekazanie władzy do Brukseli oznacza utratę suwerenności przez Republikę Czech. Zdaniem niektórych czeskich prawników, jeżeli Vaclav Klaus odmówi ratyfikacji po tym, jak obie izby parlamentu udzielą traktatowi reformującemu poparcia, powinien podać się do dymisji. Interesujące jest to, że czeska konstytucja podobnego rozwiązania w ogóle nie przewiduje, przyznaje za to prezydentowi pełne prawo do podjęcia decyzji. - To jakiś nonsens - skomentował prawnicze rewelacje Fajmon.
- Zgodnie z zapisami w konstytucji prezydent nie jest zobligowany do podpisania traktatu i to od niego zależy, czy zdecyduje się go podpisać, czy też nie - skonstatował. Wbrew życzeniom zwolenników przekazania Brukseli pełni władzy, nie istnieje żaden powód, aby Vaclav Klaus rezygnował z pełnionej funkcji niezależnie od tego, jaką poweźmie ostateczną decyzję.
Anna Wiejak
"Nasz Dziennik" 2009-02-19

Autor: wa