Dramatyczne chwile
Treść
Poszkodowani oraz rodziny ofiar, oczekując na jakiekolwiek informacje o swoich bliskich, wiele godzin spędzili m.in. w Hotelu Gościnnym Uniwersytetu Śląskiego, gdzie zameldowanych była większość wystawców targowych. - Trudno powiedzieć, ilu się stawiło naszych gości. Nie wiedzieliśmy, kto wraca, kto nie, część została przewieziona do szpitali - mówiła wczoraj Justyna Moskowik, kierowniczka hotelu.
- Na teren akcji zanieśliśmy koce, kołdry i gorącą herbatę. Nasza restauracja wydawała ciepłą zupę. Dotknięci tragedią w hotelu mogli skorzystać z noclegu - dodaje. Kierowniczka i personel byli w sobotę świadkiem ludzkich tragedii. - Jeden pan, który cały czas szukał syna, dowiedział się tutaj, że syn nie żyje - mówi wzruszona Justyna Moskowik. Jak podkreślają świadkowie, do późnych godzin nocnych z soboty na niedzielę podawano jedynie wykazy osób kierowanych do szpitali. Takie listy zawisły także w hotelu, gdzie schroniła się część oczekujących na informacje o bliskich. Wczoraj w hotelu Uniwersytetu Śląskiego był obecny Eryk Skiba z Centrum Zarządzania Kryzysowego Wojewody Śląskiego. - Mam listy osób znajdujących się w szpitalach oraz tych, które już zostały wysłane do domów. Dane cały czas będą aktualizowane - zaznaczał wczoraj Eryk Skiba. - W razie potrzeby udzielam również informacji o numerach telefonów, gdzie można uzyskać wiadomości o poszkodowanych - dodał.
Ocalałam...
- Zrobił się ogromny szum, jakby ktoś regał przewrócił. Po godzinie szesnastej na naszych stoiskach zaczęła się pojawiać woda, która kapała z sufitu. Co chwilę było słychać odgłosy, jakby się coś osuwało. Kiedy przyjechaliśmy na targi, widzieliśmy, że posadzka jest pęknięta, dziwiłam się, że nie dokonano remontu przed targami. Przyjeżdżamy tu od pięciu lat. Nasze stoisko było blisko drzwi. W momencie zawalenia się dachu chyba upadłam. Nie pamiętam, jak znalazłam się na dworze - opowiada Rita Marcherek z Dziewkowic koło Strzelców Opolskich, która przeżyła katastrofę. Pani Rita została przewieziona do szpitala, gdzie udzielono jej pomocy. Okazało się, że ma złamaną rękę, a także opuchnięte i obolałe obie nogi. - Chcę szczęśliwie dojechać do domu wraz z mężem. Bogu dziękować, że żyjemy - mówi ze łzami w oczach.
MB
"Nasz Dziennik" 2006-01-30
Autor: ab