Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Dość zwolnień

Treść

Telekomunikacja Polska zamierza w tym roku zwolnić ponad 3,5 tys. osób, a więc 12 proc. obecnej załogi. Od zakupu TP S.A. przez France Telecom w 2000 r. spółka już drastycznie ograniczyła zatrudnienie z ok. 70 tys. do 29 tys. pod koniec 2004 r. Związki zawodowe nie zgadzają się na dalsze zwolnienia i zapowiadają na najbliższy piątek, 28 stycznia, pikietę w Warszawie. Według nich, redukcja zatrudnienia nie ma żadnego uzasadnienia. Załoga obawia się, że TP S.A. finansuje spłatę zadłużenia głównego inwestora - France Telecom. Telekomunikacja Polska nie chce na razie komentować doniesień o planowanych zwolnieniach. Informuje tylko, że ma rezerwę finansową na 2005 rok, która ma zabezpieczyć "ewentualne wypłaty rekompensat finansowych dla osób, które by się przypuszczalnie z firmą żegnały".

Związki zawodowe twierdzą, że zapowiadane zwolnienia są niczym nieuzasadnione. - Pikieta to nasza odpowiedź na politykę inwestora, który zamiast inwestycji planuje zwolnienia. Najciekawsze, że jeszcze w grudniu zapewniano nas, że nie będzie żadnych zwolnień - stwierdził Stanisław Kiezik z Sekcji Krajowej Pracowników Telekomunikacji NSZZ "Solidarność". Przypomniał, że w minionym roku skończyła się restrukturyzacja zatrudnienia. - W zeszłym roku były zwolnienia i był jeszcze pakiet socjalny, chcieliśmy go przedłużyć, ale zarząd stwierdził, że nie ma potrzeby, bo to jest koniec restrukturyzacji. Tymczasem w grudniu poinformowano nas, że planowane są kolejne zwolnienia - dodał. Związkowcy są zdania, że redukcji kosztów należy szukać w inny sposób niż w zwolnieniach pracowników. Zwracają uwagę na przerost zatrudnienia w dyrekcji spółki i angażowaniu wielu drogich ekspertów i doradców. - Co się dzieje z tym zyskiem? Czy przypadkiem nie finansujemy spłaty zadłużenia France Telecom (FT)? Takie mamy obawy i tak to jest postrzegane przez załogę - podkreślił Kiezik.
Obawy pracowników są uzasadnione, jeśli weźmiemy pod uwagę umowę o wynagrodzeniu specjalistów FT z 2001 roku. Zgodnie z nią Telekomunikacja Polska za usługi świadczone przez nich płaci od 38,5 tys. euro nawet do 54,5 tys. euro miesięcznie. Nie wiadomo, czy stawki nie wzrosły, gdyż według umowy wynagrodzenie specjalistów z FT może ulec zmianie po każdych sześciu miesiącach od daty jej zawarcia.
Związkowcy alarmują, że jeśli nastąpią zwolnienia, pogorszy się jakość świadczonych usług. Nie możemy zapominać o szwankującej Błękitnej Linii TP. Przeprowadzane kontrole wykazały, że jednym z powodów pogorszenia się jakości obsługi klienta była ograniczona liczba konsultantów oraz jednoczesna likwidacja większości Biur Obsługi Klienta w kraju. - Jeżeli w tej chwili są problemy, to co będzie po zwolnieniach? Od początku za mało było ludzi do obsługi Błękitnej Linii. Na dodatek programy, które to obsługują, niestety nie zdały egzaminu. Były one zresztą zakupione za ciężkie pieniądze we Francji. Jest to chyba ewenement na skalę światową, jeśli chodzi o liczbę obsługiwanych klientów - 10 mln ludzi obsługiwanych przez jedną linię - zauważa Kiezik.

To są tylko plany
Telekomunikacja Polska nie komentuje, czy takie zwolnienia nastąpią, kogo dotkną, jaka będzie ich skala i od czego będą zależały. - Wszystkie te pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi, dlatego że są one przedmiotem rozmów zarządu firmy z pracownikami i związkami zawodowymi. Dopóki rozmowy się nie zakończą, nie będziemy o tym informować. Spółka zabezpieczyła rezerwę finansową na 2005 rok, o czym informowaliśmy inwestorów giełdowych w grudniowym komunikacie. Rezerwa ma zabezpieczyć ewentualne wypłaty rekompensat finansowych dla osób, które by się przypuszczalnie z firmą żegnały - stwierdziła jedynie Barbara Górska, rzecznik TP S.A.
Przewidziane na 2005 r. zwolnienia są wprawdzie mniejsze niż w 2004 r., ale nie są małe, gdyż redukują zatrudnienie o mniej więcej 12 proc. Od zakupu polskiego operatora przez France Telecom w 2000 r. nastąpiło drastyczne zmniejszenie zatrudnienia z mniej więcej 70 tys. do 35 tys. pod koniec 2003 r. Również w 2004 r. zlikwidowano kolejnych 6 tys. miejsc pracy.
Robert Popielewicz

"Nasz Dziennik" 2005-01-26

Autor: ab