Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Decyzja jeszcze nie zapadła

Treść

W amerykańskim Kongresie przedstawiono wczoraj wojskowy raport na temat sytuacji w Iraku. Będzie on miał kluczowe znaczenie dla dalszych decyzji George'a W. Busha odnośnie do pozostania Amerykanów w tym kraju. Wszystko wskazuje na to, że jednak Waszyngton utrzyma dotychczasowy kurs. Tymczasem trwają obchody rocznicy ataku terrorystycznego z 11 września 2001 r. i ogólnonarodowa debata na temat walki z terroryzmem.



W Waszyngtonie zaprezentowany został wczoraj długo oczekiwany raport o sytuacji w Iraku. Kongresowi przedłożyli go dowódca wojsk USA w Iraku gen. David H. Petraeus i ambasador w Bagdadzie Ryan C. Crocker. Od raportu mają zależeć dalsze decyzje George'a W. Busha odnośnie do zaangażowania amerykańskich wojsk w Iraku.
Opozycyjny kongresmen Tom Lantos ocenił sytuację w Iraku jako złą. Przyznał, że większość Irakijczyków chce, aby oddziały wojsk USA opuściły ich kraj. - Amerykańska administracja w Iraku poniosła fiasko - stwierdził Lantos, dodając, że nie wierzy w powodzenie tej misji. - Mieliśmy kilka taktycznych sukcesów, ale pod względem strategicznym przegraliśmy z kretesem - oświadczył. Zarzucił ponadto irackiemu rządowi brak współpracy oraz dobrej woli. Skrytykował prowadzoną przez premiera Nuri al-Malikiego politykę, zarzucając mu przewodzenie szyitom oraz sekciarskiemu elementowi w irackiej armii. Zdaniem Lantosa, Ameryka nie powinna zajmować się szkoleniem milicji oraz administracji w Iraku, ponieważ kraj ten nie potrafi korzystać z doświadczeń Amerykanów. - Ogromne koszty tej wojny odciągnęły uwagę władz amerykańskich od problemów wewnętrznych, jak zdrowie publiczne czy edukacja - podkreślił.
Opozycja obawia się ponadto, że premier Iraku może w pewnym momencie przejść na stronę Iranu, ale ambasador USA w Iraku wykluczył taką możliwość, mimo że zgodnie z sondażami 72 proc. Irakijczyków uważa, iż "prezydent Stanów Zjednoczonych pogarsza tylko sytuację w Iraku".
- Mimo licznych trudności siły amerykańskie w Iraku poczyniły postępy - oświadczył głównodowodzący wojsk amerykańskich w Iraku, gen. David Petreus, w mowie wstępnej przed przesłuchaniem przez przedstawicieli Kongresu. - Al-Kaida w Iraku pozostaje niebezpieczna - ocenił. - Nie jest pokonana, ale z pewnością poważnie osłabiona - dodał. Zdaniem generała, sytuacja w Iraku mimo wszystko uległa poprawie.
W wygłoszonym przed Kongresem przemówieniu udowadniał, że liczba ataków terrorystycznych oraz przypadków śmiertelnych wśród cywilów wykazuje tendencję zniżkową, chociaż nadal stanowi poważny problem. Wspomniał, iż zdaniem analityków wojskowych spadła też liczba zabitych z powodu przynależności etnicznej. Zmniejszeniu uległa także liczba ataków samobójczych. - Wciąż jest jednak zbyt wysoka i powinniśmy podjąć kroki, aby rozbić siatkę terrorystów-samobójców - podkreślił Petreus. Amerykański dowódca opowiedział się za kontynuowaniem misji i sukcesywnym przekazywaniu jej ciężaru właściwego Irakijczykom, o ile sytuacja na to pozwoli. Jego zdaniem, zbyt gwałtowne wycofanie wojsk może jedynie zaszkodzić Irakowi. - Irackie siły, za wyjątkiem sekciarskiego elementu, również walczą i ponoszą straty - zauważył. - Wojna ta prowadzona jest nie tylko w Iraku, ale również w cyberprzestrzeni - podkreślił. - Zwycięstwo nad Al-Kaidą wymaga nie tylko sił konwencjonalnych, lecz także środków specjalnych - dodał Petreus. Przypomniał, że władza w Iraku chce dalszej obecności wojsk koalicji na terenie tego kraju. Nakreślił wojskowy plan stabilizacyjny, zwracając jednocześnie uwagę, że trudno przewidzieć, jakich środków może wymagać sytuacja w przyszłości. Podkreślił, że wierzy w sukces, ale ten ostatni wymaga czasu.
Generał David Petreus zapowiedział redukcję wojsk w Iraku do lata 2008 roku. Zwrócił też uwagę na zagrożenie ze strony Iranu i Syrii.
Podobne stanowisko zajął ambasador w Iraku Ryan Cocker, który podkreślał złożoność sytuacji w Iraku i wyraził przekonanie, że Irakijczycy są w stanie pokonać obecne problemy i stać się niepodległym i demokratycznym krajem. Proces ten, zdaniem ambasadora, nie będzie wprawdzie krótki, ale "zabezpieczenie Iraku jest osiągalne". - Irackie społeczeństwo jest społeczeństwem, które przeżyło traumę - podkreślił, zwracając uwagę, że to reżim Husajna zniszczył i zdestabilizował irackie społeczeństwo. - Nie mogę zagwarantować sukcesu w Iraku - podsumował - ale wierzę, że nasze wysiłki przyniosą efekty.
Może się jednak okazać, że argumenty gen. Davida Petreusa oraz ambasadora Ryana Cockera za utrzymaniem misji w Iraku i wysunięty przez tego pierwszego postulat zmniejszenia kontyngentu latem przyszłego roku spotka się z silnym sprzeciwem Kongresu, zwłaszcza że przesłuchanie zbiegło się w czasie z rozpoczęciem kampanii wyborczej. Przypomnijmy, że 60 proc. Amerykanów opowiada się za wycofaniem wojsk z Iraku, a każdemu z kandydatów zależy na zdobyciu jak największego poparcia.
Opozycja w ostrych słowach oceniła raport gen. Petreusa jako probushowską propagandę. W czasie przesłuchania przed Kongresem z sali usunięto grupę kobiet i dzieci protestującą przeciwko wojnie w Iraku.
Na oficjalne postanowienia będzie trzeba jeszcze poczekać, niemniej jednak już teraz wiadomo, że USA nie zmienią swojej dotychczasowej polityki.
Może o tym świadczyć chociażby plan budowy dużej bazy Pentagonu na granicy Iraku z Iranem, o którym donosi wczorajszy "Wall Street Journal". Miałaby ona służyć powstrzymaniu napływu broni z Iranu dla radykałów szyickich w Iraku. W bazie znalazłoby się 200 amerykańskich żołnierzy, którzy stacjonowaliby tam przez co najmniej 2 lata. Dziennik cytuje także słowa generała Ricka Lyncha o jeszcze innych planach Pentagonu - budowy sieci wzmocnionych posterunków kontrolnych na głównych drogach. Rzecznik Pentagonu nie chciał skomentować artykułu, ale nie zaprzeczył istnieniu takich planów resortu obrony.
Również rozpoczęte właśnie obchody rocznicy ataku terrorystycznego z 11 września 2001 r. zdają się sugerować konsekwencję Waszyngtonu w sprawie Iraku. Niedzielny "Marsz Wolności" ku czci ofiar ataku na Pentagon był wyrazem poparcia dla wojsk walczących z terroryzmem - także w Iraku. Uroczystości rocznicowe stały się przyczynkiem do debaty zwolenników i przeciwników walki zbrojnej z terroryzmem oraz do bilansu czterech lat wojny. Przy tej okazji doradca Busha ds. bezpieczeństwa kraju Frances Townsend wyraziła publicznie przekonanie, że Ameryka wygrywa wojnę z islamskim terroryzmem, a sam Osama bin Laden jest w opałach.
Z ogłoszeniem amerykańskiego raportu na temat sytuacji w Iraku zbiegło się oświadczenie irackiego premiera Nuri al-Malikiego. Podczas wystąpienia w irackim parlamencie - które o kilka godzin ubiegło publikację raportu - stwierdził, że siły Iraku na razie nie są w stanie przejąć od Amerykanów odpowiedzialności za bezpieczeństwo państwa i wciąż potrzebują pomocy z zewnątrz w walce z terroryzmem. Według niego, interwencja amerykańska ograniczyła przemoc o 75 procent.
Anna Wiejak
Małgorzata Lebiediuk, PAP, Reuters
"Nasz Dziennik" 2007-09-11

Autor: wa