Czy możliwa jest integracja muzułmanów?
Treść
Obserwując ostatnie wydarzenia w Niemczech, należy sądzić, iż prawdziwa integracja jest raczej mało prawdopodobna. Politycy często mówią o integracji, ale rzeczywistość odbiega od wielu założeń programowych.
Dyskusja o roli muzułmańskiej mniejszości i integracji islamu w Niemczech rozgorzała po wydarzeniach w miejscowości Ludwigshafen, gdzie nieznani jak do tej pory sprawcy podpalili (wiele wskazuje na to, że był to zamach na tle rasowym) czteropiętrowy budynek zamieszkany przez tureckie rodziny. Zginęło wtedy dziewięć osób. Społeczność turecka zaczęła protestować przeciwko antytureckim i antyislamskim aktom przemocy w Niemczech. To nie był pierwszy i odosobniony przypadek ataku na turecką społeczność w tym kraju.
Turcy podgrzewają i tak już gorący klimat
Akcje protestacyjne okazały się tak silne, że władze obawiały się wybuchu rozruchów ulicznych podobnych do tych z przedmieść Paryża. Sprawą tragicznej śmierci dziewięciu obywateli tureckich zainteresowała się nawet Ankara, która przysłała do Niemiec swoich śledczych. Zaczęły padać oskarżenia wobec niemieckich władz, że tolerują rasistowskie zachowania swoich obywateli. Do Ludwigshafen przyjechał osobiście turecki premier Recep Tayyip Erdogan, który - jak się później okazało - zamiast załagodzić, jeszcze podgrzał konflikt. Podczas spotkania zarówno w Ludwigshafen, jak i Kolonii (największym tureckim skupisku w Niemczech, gdzie na spotkanie z Erdoganem przyszło około 20 tysięcy ludzi) pojawili się rozgniewani Turcy. Niemieckie media i politycy natychmiast odnotowali, że podczas tych spotkań mówiono wyłącznie po turecku. Dla Niemców nie ulega najmniejszej wątpliwości, że turecki premier wykorzystał spotkania z mieszkającymi nad Renem rodakami do osobistych celów politycznych (mają oni tureckie prawa wyborcze). Przemawiając na stadionie w Kolonii, premier Erdogan przekonywał kilkadziesiąt tysięcy swoich rodaków, aby nie rezygnowali ze swojego kulturalnego dziedzictwa.
- Dobrze to rozumiem, że jesteście przeciwko asymilacji - powiedział Erdogan, który zachęcał Turków do integracji, ale ze świadomym zachowaniem swojej tureckiej przeszłości. - Integracja tak, asymilacja nie - grzmiał szef tureckiego rządu i ostrzegał: asymilacja jest przestępstwem przeciwko ludzkości. Z ust tureckiego premiera nieoczekiwanie zaczęły padać coraz bardziej konkretne żądania wobec tutejszych władz. Recep Tayyip Erdogan zaapelował do niemieckiego rządu o stworzenie w tym kraju tureckich przedszkoli, szkół podstawowych, gimnazjów, a także szkół wyższych, w których językiem nauczania byłby turecki. Nie ukrywał także, że liczy na uznanie mieszkających tutaj Turków za mniejszość narodową.
Dla Niemców to za dużo
Tego było już za wiele dla niemieckich polityków, dla większości prasy, a także dla niemieckiego społeczeństwa. Przede wszystkim chadecy zaprotestowali przeciwko jakimkolwiek planom tworzenia w Niemczech enklaw muzułmańskich, w których pielęgnowane by były jedynie narodowe tradycje. Markus Seder (CSU) kilkanaście dni temu jasno dał do zrozumienia, że nie ma mowy, aby w Niemczech na wzór Wielkiej Brytanii lub USA powstawały oddzielne dzielnice większych miast przeznaczone wyłącznie dla ludności muzułmańskiej. Chadecy są przeciwni także przyjęciu Turcji do Unii Europejskiej. Ewentualne wejście tego kraju do UE nie spowoduje jego europeizacji, lecz całkowicie odwrotnie - nastąpi niebezpieczny proces nacjonalizacji Europy - stwierdził Marcus Seder.
Żądania tureckiego premiera wzbudziły strach także wśród innych polityków, którzy uznali, że Erdogan znacznie przekroczył skalę rozsądku. Nawet sama kanclerz Angela Merkel po wystąpieniu Erdogana w Kolonii ostro go skrytykowała, przypominając mu podczas jednego ze spotkań wyborczych w Hamburgu, iż państwo niemieckie wymaga lojalności.
- Musimy z tureckim premierem wyjaśnić sobie, co oznacza słowo "lojalność" wobec państwa, w którym się mieszka - powiedziała Angela Merkel i dodała, zwracając się do tureckiej społeczności: - Jeżeli dorastasz w Niemczech, w trzecim lub nawet czwartym pokoleniu, jeżeli masz niemieckie obywatelstwo, to wtedy ja jestem twoim kanclerzem.
Podobne słowa powtórzyła niedawno na konferencji prasowej w Berlinie, gdzie przypomniała, że cudzoziemcy mieszkający w Niemczech mają takie same życiowe szanse jak wszyscy inni, muszą jedynie poddać się procesowi integracji.
Żądania Erdogana, aby stworzyć w Niemczech tureckie szkoły z tureckim jako językiem podstawowym, wywołały strach także wśród społeczeństwa niemieckiego. Większość Niemców nie kryje faktu, że to właśnie wśród muzułmanów widzi największe zagrożenie dla europejskiej demokracji. Obawy tego typu są niepozbawione racji, gdyż - jak wynika z najnowszego raportu ministerstwa spraw wewnętrznych - co czwarty mieszkający nad Renem muzułmanin jest gotowy do działań terrorystycznych.
To nie są żarty - twierdzi szef MSW - to realne zagrożenie
Jak wynika z przeprowadzonych badań, aż 40 proc. mieszkających w Niemczech muzułmanów to fundamentaliści. 14 proc. z nich (nawet ci z niemieckim paszportem) wątpi w słuszność europejskiej demokracji i jest gotowych użyć przemocy wobec innowierców. Poza tym muzułmanie czują się w Niemczech dyskryminowani, a aż 15 proc. potwierdza istnienie rasizmu w tym kraju. Ponad połowa muzułmanów, jako obcokrajowcy, czuje się wykluczona z niemieckiego społeczeństwa, a jedna piąta twierdzi, że w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy doświadczyła wrogości z powodu odmienności narodowej. Niemal co drugi badany muzułmanin nie widzi nic złego w tym, aby przemocą chronić islam przed wpływami Zachodu.
Administracja tworzy enklawy
Mimo że niemieckie władze od wielu lat tworzą specjalne programy integracyjne, to efekty takich działań są bardzo mizerne. W dalszym ciągu cudzoziemcy (szczególnie dotyczy to muzułmanów) żyją nie wśród, ale obok rodowitych Niemców. Władze poszczególnych miast, gdzie osiedlają się cudzoziemcy, sami tworzą wyizolowane enklawy przeznaczone tylko dla "obcych". Tak się dzieje we wszystkich niemieckich miastach. W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" nikt w hamburskim senacie oficjalnie nie potwierdził, że istnieją jakiekolwiek wytyczne, aby władze poszczególnych dzielnic nadal kierowały rodziny cudzoziemców do odpowiednich dzielnic "narodowościowych". Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, już od wielu lat stosuje się takie właśnie metody. Władze poszczególnych dzielnic podczas przyznawania rodzinom cudzoziemców mieszkań komunalnych kierują się zasadą, że najlepiej będzie im się mieszkać wśród swoich. I tak w hamburskiej dzielnicy Born Heide mieszkają prawie tylko przybysze z dawnych terenów ZSRS. Altona należy zdecydowanie do Turków. Natomiast na palcach jednej ręki można by policzyć kogoś z Polski, z dawnych państw ZSRS lub z krajów trzeciego świata, kto otrzymał od miasta mieszkanie w tak zwanych ekskluzywnych hamburskich dzielnicach (Ependorf, Risen czy Blankenese). Nikt do tej pory nie przyznawał tego wprost, ale we wszystkich większych miastach rodziny obcokrajowców lokowane są w skupiskach, gdzie mieszkają już ich Landsleute - czyli osoby tej samej narodowości. Tak się dzieje w Berlinie, Frankfurcie, Monachium czy Hamburgu. Taki stan rzeczy nie sprzyja integracji, lecz wręcz odwrotnie - jeszcze pogłębia istniejące różnice i konflikty.
Do prawdziwej integracji jest coraz dalej
Niemcy udają tolerancję, ale w większości przypadków nie są tolerancyjni lub nawet coraz częściej wykazują zachowania wręcz rasistowskie. Eike R., szefowa prywatnego zakładu opieki nad ludźmi starszymi i chorymi, często w różnych rozmowach zapewniała o swojej tolerancji jako o czymś naturalnym w niemieckim społeczeństwie. Tolerancja skończyła się bardzo szybko wtedy, gdy jej trzyletni syn Julius musiał pójść do przedszkola. Zrezygnowała z dwóch tego typu placówek, gdy okazało się, iż większość dzieci, które już tam przebywają, to cudzoziemcy. - Przecież nie mogę oddać dziecka do przedszkola, gdzie nawet nie będzie się mówiło po niemiecku - tłumaczyła nam swoje postępowanie.
Większość Niemców, z którymi rozmawialiśmy na temat integracji, mówi wprost: jeżeli ktokolwiek chce u nas pozostać, to musi się zachowywać tak, jak nakazują nasze zwyczaje i nasze prawo.
- Ale do tego nigdy nie dojdzie - twierdzi znany publicysta Ralf Giordano. - Bowiem muzułmanie w kolektywie są nie do zintegrowania - dodaje.
Islamski szarijat czy europejskie prawo?
Żyjący w Niemczech muzułmanie nie chcą się podporządkować tutejszemu prawu. Nawet gdy mieszkają w Europie od wielu lat, nadal stosują zasady postępowania zgodne z Koranem. Jako przykład mogą posłużyć tragiczne losy wielu tureckich i kurdyjskich kobiet (często młodych dziewcząt), które są bez ich woli wysyłane do Turcji, aby tam pod przymusem poślubiły przeznaczonego i wybranego przez rodziną mężczyznę. Jeżeli dziewczyna się nie podporządkuje - ucieknie i zacznie żyć "po europejsku" - to bardzo często dochodzi do aktów przemocy, nawet tzw. zabójstw honorowych.
Neutralności nie mylić z obojętnością
Niemiecki Episkopat jest zdania, że neutralności państwa wobec poszczególnych religii nie należy mylić z obojętnością i bezkrytyczną tolerancją wobec wpływu islamu na społeczeństwo.
Byli wyznawcy islamu ostrzegają Europejczyków przed coraz większym wpływem na tutejsze życie muzułmańskich fundamentalistów. Uważają, iż islamskie związki wyznaniowe będą coraz częściej próbować uzyskać wpływ na wszystkich muzułmańskich imigrantów w Niemczech.
Coraz mniej katolików i coraz więcej muzułmanów
Dzisiaj mieszka w Niemczech około 3,5 miliona muzułmanów. Wszystkich chrześcijan jest ponad 53 miliony (64,5 proc. społeczeństwa), w tym katolików 27,5 miliona, a ewangelików o 2 miliony mniej. Według danych niemieckiego Episkopatu w ciągu 50 lat (1950-2000) liczba katolików uczęszczających na Msze św. zmalała nad Renem z 12 do jedynie 4 milionów. Natomiast wśród tutejszych muzułmanów przeważająca większość to ludzie praktykujący.
Waldemar Maszewski, Hamburg
"Nasz Dziennik" 2008-03-06
Autor: wa