Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Czy ktoś tu na nich czeka?

Treść

W 1936 r. na rozkaz Stalina z terenów Ukrainy położonej po stronie sowieckiej Polacy zostali wywiezieni do Kazachstanu. Mieli kilka lub kilkanaście dni na spakowanie swoich rzeczy. Po 70 latach od tych wydarzeń powrót do kraju utrudnia im straszna biurokracja - starający się o powrót do kraju muszą wypełnić ankietę liczącą... 51 stron. Jednocześnie rząd zapowiada udogodnienia w sprowadzaniu pracowników na przykład z Chin. Dlaczego nie wzmocnić raczej szans naszych rodaków na normalne życie w Ojczyźnie? - Nikt na Polaków z Kazachstanu tutaj nie czeka - zauważa ze smutkiem ks. Piotr Brotoń TChr, który pracował w Kazachstanie. Jak twierdzą nasi rozmówcy, repatriantów jest niewielu, ponieważ oferty polskich gmin nie są dla nich atrakcyjne.



O sytuację Polaków żyjących w Kazachstanie zapytaliśmy ks. Piotra Brotonia, który w latach 1996-2002 pełnił służbę duszpasterską w tej byłej sowieckiej republice. - Polacy z Kazachstanu wiązali duże nadzieje na powrót wraz z upadkiem Związku Sowieckiego na początku lat 90., ale sądzę, że spełniło się to tylko w 15 procentach - mówi duchowny. Jego zdaniem, uzyskanie pozwolenia na wyjazd utrudnia Polakom mnóstwo problemów formalnych związanych z załatwianiem dokumentów, przy czym biurokracji towarzyszy brak zrozumienia u urzędników obu państw. - Rząd polski nie wydał jeszcze dobrej ustawy o repatriacji - ta, która obowiązuje, niewiele Polakom pomaga - tłumaczy ks. Brotoń zapytany o działania naszych władz w tej sprawie.
"Nasz Dziennik" dotarł do 51-stronicowej ankiety dla ubiegających się o powrót do kraju. Należy ją dokładnie wypełnić po polsku. Jak mają to zrobić ludzie, którym do 1952 r. nie wolno było mówić ani modlić się w ojczystym języku? - Były przypadki, że co sprytniejsi opłacali nauczycieli języka polskiego, aby im je wypełnili - komentuje ten fakt ks. Brotoń. W jego opinii, urzędnicy nie mają praktycznej wiedzy na temat możliwości tych ludzi związanych chociażby z koniecznością zapracowania na wyjazd.

Repatriacja rozłożona na 200 lat
Polski konsulat w Ałma-Acie jest oddalony o 1800 km od najbliższych polskich wiosek. Bilet na przejazd w obie strony kosztował jeszcze w 2003 r. tyle, co jedna renta lub emerytura. Kiedy dojdą do tego wymagane podpisy, formularze, listy obiegowe, pieczątki - będziemy mieli pełny obraz sytuacji, w jakiej znaleźli się Polacy. - W 2000 roku, jak pamiętam, trzeba było wydać w sumie około 1 tys. dolarów, żeby się dostać do Polski. Jednak problem w tym, że nikt na Polaków z Kazachstanu tutaj nie czeka. Jeszcze niedawno mówiło się o nich w ten sposób: kto przyjmie 20 tys. dojarek i 10 tys. traktorzystów z kołchozu? - ubolewa ks. Brotoń.
O to, jakie działania są podejmowane, aby pomóc w powrocie Polakom z Kazachstanu, zapytaliśmy Aleksandrę Ślusarek, prezesa Związku Deportowanych RP. - Wystosowaliśmy petycję do premiera Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ uważamy, że stoimy obecnie przed niepowtarzalną okazją, aby sprawę powrotu najlepszych synów naszej Ojczyzny wreszcie zrealizować - mówi Ślusarek. Jak zaznacza, w tym celu powinno się powołać urząd przesiedleńczy. Bazowanie bowiem na ludziach z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, którzy już dwa razy "poprawiali" ustawę o repatriacji i nic z tego nie wyszło, nie przyniesie, według niej, dobrych skutków. - Mało kto się orientuje, że z tzw. bazy RODAK powstałej w 2000 r. w związku z uchwaleniem ustawy o repatriacji przyjechało do kraju w ciągu czterech lat około 300 osób. W takim tempie repatriacja będzie trwała 200 lat - konkluduje.

Lepsze perspektywy w Kazachstanie
Dlaczego repatriantów jest tak niewielu? - Rocznie gminy wystosowują od 20 do 30 zaproszeń dla naszych rodaków z Kazachstanu. Niestety, część z nich rezygnuje z powrotu. Sam spotkałem się z przypadkami, kiedy oferta gminy nie odpowiadała tym ludziom - komentuje Jarosław Buczek z Wydziału Komunikacji i Informacji MSWiA. Wskazuje też na drugą przeszkodę: jeżeli uda się nawet dopasować ofertę gminy do oczekiwań repatriantów, to formalności, jakie muszą załatwić nasi rodacy w Kazachstanie (sprzedaż majątku, uregulowanie wszystkich spraw administracyjnych itp.), zabierają dużo czasu. Stąd też, jego zdaniem, tak mała liczba tych osób, które w ramach bazy RODAK wróciły do kraju.
Argument nieatrakcyjnych ofert gmin podnosi również Kazimierz Dobrzański, dyrektor biura krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Wspólnota Polska. - Jest również jakiś opór wewnętrzny gmin, które wystosowują mało zaproszeń. Po prostu gminy mają niewiele do zaoferowania - tłumaczy. Decydują o tym skromne możliwości finansowe. Drugim aspektem, jego zdaniem, jest poprawa sytuacji ekonomicznej w Kazachstanie - część Polaków widzi dla siebie lepsze perspektywy w tamtym kraju.
Po zakończeniu II wojny światowej Polska przyjęła kilkaset tysięcy Polaków z ziem zajętych przez Sowietów. Dziś, gdy jesteśmy bogatsi niż wtedy, nie jesteśmy w stanie przyjąć kilkudziesięciu tysięcy naszych rodaków, którzy nie ze swojej winy znaleźli się poza granicami Polski.
Jacek Dytkowski
"Nasz Dziennik" 2007-06-02

Autor: wa