Czy ktoś czytał statut?
Treść
Umowa międzyrządowa o współpracy w ramach Polsko-Niemieckiej Fundacji na Rzecz Nauki została podpisana wczoraj w Warszawie przez polską minister nauki i szkolnictwa wyższego Barbarę Kudrycką oraz Anette Schavan, minister edukacji i badań RFN. W ocenie resortu nauki, wynegocjowane warunki umowy są dla Polski bardzo korzystne, mimo że - jak zapewniła minister Kudrycka - wkład Niemiec to 50 mln euro, a Polski... 5 mln euro. Pani minister zlekceważyła przy tym kwestię zapisów w statucie fundacji, które w praktyce mogą mieć fatalny wpływ na jakość polskiej nauki.
- Pomimo że różnica ekonomiczna jest wyraźna, warunki, jakie są wynegocjowane w ciągu 3 lat, są w pełni satysfakcjonujące stronę polską - przekonywała Kudrycka, dodając, że celem niniejszej umowy jest wyrównanie proporcji w dziedzinie nauki. - Do tej pory więcej polskich studentów wyjeżdżało do Niemiec, niż niemieckich przyjeżdżało do Polski. Chcemy te proporcje wyrównać - wylicza zalety Kudrycka, najwyraźniej zapominając o niekorzystnych dla Polski zapisach w statucie powołanej właśnie fundacji.
Wprawdzie zgodnie z zapewnieniami mają zostać w nim naniesione poprawki, które zdaniem bezpośrednich sygnatariuszy zagwarantują nam, że w zakresie przyznawania przez fundację środków finansowych na realizację przedsięwzięć i projektów będzie nam przysługiwało prawo weta. Natomiast minister nauki zapewnia, że zmiana statutu to tylko czysta formalność, ponieważ, jak argumentuje, i tak wyższą moc prawną ma umowa. - Jedna ze zmian będzie dotyczyła tego, że każda ze stron będzie mogła zablokować decyzję w sprawie przedsięwzięcia, którego nie akceptuje - podkreśliła Barbara Kudrycka.
Najważniejszy jest statut
Tego punktu widzenia nie podzielają jednak eksperci. - Statut jest najważniejszy - powiedział w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Stefan Hambura z berlińskiej kancelarii adwokackiej. - To on reguluje bowiem działanie fundacji. Ponadto organa statutowe będą przyznawały środki na projekty badawcze - tłumaczył. - Decyzje będą podejmowane na podstawie statutu, nie zaś umowy polsko-niemieckiej - skonstatował. - Dotychczas nie było tekstu statutu w języku polskim. Może mało kto go w ogóle czytał? - zapytał retorycznie prawnik.
Środki wyłożone przez dwie strony, czyli RFN i Polskę, stanowią kapitał fundacji, natomiast projekty naukowe mają być finansowane z odsetek, które według szacunków wyniosą ok. 2,2 mln euro rocznie. Umowa stanowi, że jeśli Polska nie będzie zadowolona z jej realizacji, to dokument może być renegocjowany.
Zdaniem ministerstwa, jeśli strona polska uzna, że nie jest traktowana równoprawnie, nie odnosi korzyści z realizacji umowy, może ją wypowiedzieć i wówczas wniesiony wkład finansowy zostanie Polsce zwrócony w całości, czyli w wysokości 5 mln euro. - Ta umowa pomoże polskim naukowcom i studentom rozwijać swoje prace dużo bardziej intensywnie niż dotychczas. Cieszę się, że doszło do podpisania jej teraz, kiedy tak ważny jest rozwój nauki, nowoczesnych technologii, wdrażanie celów strategii lizbońskiej i zwiększanie konkurencyjności nauki europejskiej. Nauka przecież nie ma granic. Nam zależy, żeby polska nauka miała coraz większy wkład w dorobek nauki światowej i odwrotnie. To także wymiana studentów - powiedziała Kudrycka.
Jej optymizmu nie podziela Stefan Hambura. - Za wcześnie, żeby wychwalać powołanie fundacji, w której statucie jest zapis, że Polska de facto nie będzie miała żadnego wpływu na działania tej instytucji - stwierdził prawnik. Dodał, że sensownym rozwiązaniem byłoby przygotowanie tekstu statutu, który by usatysfakcjonował stronę polską, a później dopiero - podpisywanie umowy. Podkreślił, że organa statutowe powinny działać w sposób równoprawny. - Nie tak jak do tej pory, że niemieccy urzędnicy federalni zapewnili sobie wpływ na projekty badawcze. Nie będzie można się później dziwić, jeżeli będą oni na przykład optowali za tym, ażeby pewne projekty badawcze, chociażby te dotyczące historii Polski czy historii stosunków polsko-niemieckich, były przedstawiane z niemieckiego punktu widzenia, bo takie jest zadanie niemieckiego urzędnika. Ale jeżeli strona polska się na coś takiego godzi, to jest to duże niedociągnięcie i chyba nie o to chodzi w naszych wspólnych stosunkach, ażebyśmy sobie pozwalali na dyktat jednej strony w sprawie praw drugiej strony, tylko żeby były to projekty równoprawne - zauważył Hambura. Zaznaczył, że aby były to projekty równoprawne, musi także we władzach fundacji zostać przewidziany równoprawny udział przedstawicieli. Tego wszystkiego, niestety, nie zapewniono.
Izabela Borańska
"Nasz Dziennik" 2008-06-03
Autor: wa