Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Co wydarzyło się w "Halembie"?

Treść

Pierwszy wstrząs w "Halembie" wystąpił w środę o godz. 17.31. Został on zaliczony do dolnego pułapu wstrząsów wysokoenergetycznych. W zagrożonym rejonie pracowało trzydziestu górników, wszyscy zostali bezpiecznie wycofani. Chwilę później w rejon zagrożenia zjechali dwaj pracownicy. Mieli oni ocenić stan wyrobiska po wstrząsie. O godzinie 18.02 doszło do drugiego, znacznie silniejszego wstrząsu, którego efektem było tąpnięcie. Przypomina ono eksplozję - towarzyszą mu huk i wstrząsy ruszającego się górotworu.

Pozostał na dole sam
Tylko jeden z przebywających pod ziemią górników zdołał uciec. Drugiemu, zajmującemu się pomiarem metanu, droga ucieczki się zasypała. Przebywał wtedy w zagłębieniu, w okolicach kopalnianego telefonu, z którego ostatni raz usłyszano górnika. - To był metaniarz, on wiedział, jak w takich sytuacjach się zachować. Wiedział, że sam nie może ruszyć się w żadną stronę, gdyż atmosfera może nie nadawać się do oddychania - mówił Kazimierz Dąbrowa, dyrektor kopalni. Górnikowi jednak sprzyjało szczęście. W rejonie, gdzie został uwięziony w chwili wstrząsu, pękła rura, przez którą docierało do niego powietrze. Nie miał dostępu do wody. - Nawet gdyby woda była, bo przecież pracujący z jednej strony ratownicy czołgali się w głębokiej na 30 cm wodzie, to jest ona wysoko zmineralizowana i nie nadaje się do spożycia - podkreślali ratownicy.
W pierwszych kilkunastu godzinach akcji ratownicy przeszukali około 100 metrów wyrobiska, jednak bezskutecznie. Cały czas próbowali dotrzeć do górnika dwiema różnymi drogami to dlatego, że po tąpnięciu nie wiadomo było, na jakie warunki natrafią. Akcja była utrudniona z uwagi na zwiększone stężenie metanu. Miejscami atmosfera nie nadawała się do oddychania i ratownicy musieli pracować w maskach tlenowych. W piątek nadzieje na dotarcie do zaginionego wzrosły. Urządzenia zarejestrowały sygnał, prawdopodobnie z lampki górnika.

Im bliżej, tym trudniej
W sobotę ratownicy znajdowali się już około 22 metrów od źródła sygnału. Akcja napotykała jednak kolejne przeszkody - wypiętrzenia spodu wyrobiska, skrzyżowane stalowe stojaki uniemożliwiające przejście. W niedzielę prace postępowały bardzo powoli, trzeba było rozcinać zagradzające drogę pogięte rury i stalowe elementy obudowy chodnika. Większość prac musiała być wykonywana ręcznie. - Urobek wyciągaliśmy, w czym się dało. Korytarz był tak wąski, że nie było możliwości mijania się - mówili ratownicy. Wczoraj nad ranem ratownicy usłyszeli głos zaginionego górnika. Było to kilkanaście minut po godz. 4.00.

To była trudna akcja
- Żeby dotrzeć do górnika, przebraliśmy około 250 metrów zawalonego wyrobiska. Odbywało się to w skrajnie trudnych warunkach - mówił wczoraj Kazimierz Dąbrowa, dyrektor kopalni "Halemba". Zaznaczył, że cały urobek był transportowany ręcznie. Zdaniem dyrektora, tąpnięcie, do którego doszło w kopalni, można porównać do małego trzęsienia ziemi. Jest to zjawisko naturalne i nie można za nie nikogo winić. W kopalni "Halemba" występują niemal wszystkie możliwe w górnictwie zagrożenia. Ostatni wypadek został tam odnotowany ponad dwa lata temu. Dyrektor zapewnił, że dopiero kiedy Zbigniew Nowak dojdzie do pełni zdrowia, będzie z nim rozmawiał na temat dalszej pracy. Na dotarciu do górnika akcja w kopalni się nie zakończyła. Nadal w wyrobisku panują warunki uniemożliwiające normalną eksploatację. Dziś zbierze się zespół doradczy, który zdecyduje, w jaki sposób będą prowadzone dalsze prace w miejscu zawalenia.
MA

"Nasz Dziennik" 2006-02-28

Autor: ab