Chcę być najlepsza!
Treść
Rozmowa z Anną Rogowską, halową wicemistrzynią świata w skoku o tyczce
Na medalowej drodze - o czym dowodzą halowe mistrzostwa świata w Moskwie - nie jest Pani w stanie zatrzymać nawet kontuzja?
- Można tak powiedzieć (śmiech). Nie znaczy to jednak, że taka sytuacja mi odpowiada. Z urazem ścięgna Achillesa, i co za tym idzie bólem, zmagam się już od połowy stycznia. Szczęśliwie w czasie mistrzostw świata czułam się dużo lepiej niż choćby tydzień wcześniej na Pucharze Europy, dzięki temu mogłam pokusić się o dobry występ. Teraz mam dwa tygodnie wolnego i będę chciała ten okres wykorzystać nie tylko na wypoczynek, ale i wyleczenie kontuzji do końca.
Mimo wszystko uraz musiał znacznie ograniczyć swobodę skakania.
- Oczywiście. To bardzo duży dyskomfort, nie byłam w stanie robić wszystkiego w stu procentach, myślałam o tym, że noga jednak doskwiera. Owszem, z całych sił starałam się skupić tylko i wyłącznie na skakaniu, nie zwracać uwagi na ból, ale to nie było łatwe.
Nie bała się Pani ryzyka pogłębienia kontuzji?
- Na szczęście nie. Przed wyjazdem do Moskwy zrobiłam dodatkowe badania, rezonans magnetyczny wykazał, że nie mam żadnych stałych urazów, naciągnięć, ani naderwań. Wszystko to potwierdziło, że uraz się nie powiększy; miałam zatem świadomość, że nic złego mi nie grozi. To było bardzo ważne. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości na mistrzostwa w ogóle bym nie pojechała.
Tuż przed nimi odważnie przyznała Pani, że interesuje ją złoty medal. I jak się później okazało, jeszcze nigdy nie był tak blisko.
- Jelena Isinbajewa wygrała ze mną zaledwie 5 centymetrami, różnica zatem była minimalna. Nie ukrywam - cieszę się z tego, bo to znaczy, że jest do pokonania. Nie udało się teraz, może uda jutro. A jeśli chodzi o moje podejście do zawodów, to faktycznie celowałam w pierwsze miejsce. Widziałam ku temu szansę. I to jest chyba dobre i zdrowe podejście. Każdy sportowiec powinien mieć w sobie pragnienie wygranej, walki o najwyższe cele. To dodatkowo mobilizuje, dodaje sił. Gdybym nie chciała być najlepsza, to chyba powinnam spakować walizki i wrócić do domu.
Jednocześnie świadczy to o tym, że czuje się Pani mocna. Rzucić wyzwanie "carycy tyczki" - to nie lada sztuka!
- Ależ ja nie mam nic do stracenia! Mam za to ogromne chęci i nadzieję, że moje skakanie będzie wyglądało coraz lepiej, że będą pokonywała poprzeczkę zawieszoną coraz wyżej. Jelena jest człowiekiem, jest do pokonania. To nie maszyna, którą można zaprogramować na tylko i wyłącznie zwycięstwa. Kiedyś o Swietłanie Fieofanowej mówiono "Bubka w spódnicy", ale pojawiła się Isinbajewa i ją pokonała. Jeszcze wcześniej niezwyciężona była Amerykanka Stacy Dragila, gdy przyszedł czas Fieofanowej. W sporcie nie ma rzeczy niemożliwych.
"Caryca tyczki", "Bubka w spódnicy" - jak za kilka lat będziemy mówić zatem o Annie Rogowskiej?
- (śmiech). Nie mam pojęcia. Oby pozytywnie.
Sama Pani przyznaje, że ma jeszcze sporo elementów do poprawy, szczególnie w technice skoku?
- Jestem najkrócej skaczącą osobą spośród wszystkich liczących się zawodniczek. Czołówka jest zdecydowanie bardziej doświadczona. Skok o tyczce jest szalenie trudną konkurencją techniczną, w której potrzeba wielu lat, by opanować perfekcyjnie technikę. Ja z roku na rok notuję postępy, ale potrzebuję czasu i odpowiedniej ilości skoków, by moje próby wyglądały jeszcze lepiej. Klucz do sukcesu tkwi w oskakaniu.
Firma Nike szykuje ponoć dla Pani specjalne obuwie na zamówienie?
- To prawda. Obecnie stosowane kolce niebyt mi odpowiadają, ale już niedługo to się zmieni. Mam obiecane buty szyte na miarę, dopasowane do mojej stopy. To nie tylko kwestia komfortu, ale i zdrowia.
Teraz przed Panią krótki wypoczynek, a po nim ostre przygotowania do sezonu letniego?
- W tej chwili myślę tylko o wakacjach, mam dwa tygodnie błogiego nicnierobienia. Śmieję się, że nie wiem, jak długo wytrzymam bez treningów i skakania, ale przerwy bardzo potrzebuję. Pod koniec marca jadę na trzytygodniowy obóz przygotowawczy do południowej Afryki, gdzie będę trenować już pod kątem sezonu letniego. A co do celów i nadziei - chciałabym walczyć o podium mistrzostw Europy w Göteborgu. Wiem, że łatwo nie będzie, po kontuzji wróciła bowiem Fieofanowa, stawka mocnych rywalek się powiększyła. Ale znowuż nie uważam, abym powinna się czegoś obawiać. Więcej, taka sytuacja mnie dodatkowo mobilizuje. Moje skakanie powinno wyglądać coraz lepiej. Chcę też poprawić swój rekord życiowy, który dziś wynosi 4,83 m. Już w hali byłam blisko, skoki treningowe dawały ku temu wszelkie podstawy, niestety plany pokrzyżowała kontuzja.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
"Nasz Dziennik" 2006-03-16
Autor: ab